Noc była ciepła, majowa. Sprażona całodziennym skwarem ziemia oddawała wchłonięty żar ciemnymi falami. W klasztornym ogrodzie zanosiły się słowiki, pachniały bzy. Po niebie chmurnym przepływał obłoczne ławice zadumany księżyc...

Pawełek zatrzymał się przed żelazną furtą. Po namyśle nacisnął ostrożnie klamkę i próbował otworzyć. Brama była zamknięta. Wtedy uchwyciwszy się prawą ręką za wystający jej uszak, wspiął się w górę i postawił jedną nogę na klamce drzwi. Był w połowie wysokości muru; nad nim sterczała jeszcze gładka, ceglasta ściana na 3 metry z górą.

Oparłszy się plecami o framugę bramy, z trudem utrzymując równowagę, odetchnął znużony wysiłkiem. Wtem przyszła mu pewna myśl. Wydobył z kieszeni pątniczego burnusa duży, składany nóż i obnażywszy jego ostrze, zaczął nim wiercić dziurę w murze mniej więcej w poziomie własnego pasa. Drugą tej samej objętości wyżłobił w odległości kilku centymetrów od swego prawego biodra, a trzecią ponad głową w promieniu zasięgu ręki. Skończywszy, schował nóż i przez pewien czas odpoczywał dla nabrania sił. Potem, włożywszy rękę w wywiercony przez się otwór nad głową, niby w ucho klamry, dźwignął się całym ciałem w górę. Przez chwilę nogi zawisły w powietrzu, szukając oparcia. W końcu znalazły je i skwapliwie zanurzyły się kończynami palców w wyżłobienia muru. Teraz stał jak w strzemionach. Pozostał do pokonania kawałek ściany nie wyższy niż 1 metr. Szczęście mu sprzyjało. Już zabierał się do ponownego wiercenia otworów, gdy usłyszał nad głową szmer lekkiego uderzenia. Podniósł oczy i ujrzał nad sobą przechyloną spoza muru gałąź klonu rozchybotaną na wietrze. Uczepił się jej kurczowym ruchem, poderwał całym sobą wzwyż i zatknąwszy lewą nogę w otwór górny, odbił się z całej siły. Manewr wypadł pomyślnie; w chwilę potem siedział okrakiem na zrębie szczytowym muru.

Odrzucił kaptur i otarł czoło; pełną piersią wdychiwał101 balsamiczne wonie bijące z dołu, od ogrodu. Na prawym jego udzie spoczywała zbawcza gałąź klonu, uderzając go od czasu do czasu łagodną pieszczotą. Na lewo, w odległości 50 metrów stożyły się w niebo strzałami iglic klasztorne wieże. Od miejskich zegarów nadpłynęła wtedy godzina jedenasta. Dźwięk mosiężnych młotków ocucił go z zamyślenia.

„Czas już — pomyślał, otrząsając się. — Czas już na mnie”.

I zwinnie jak kot zesunął się po klonie w ogród. Tu przystanął i oparty o pień drzewa spojrzał w głąb.

Księżyc, przedarłszy się zwycięsko przez złoża chmur, wypłynął tymczasem na pełne morze granatowego nieba i siał magnezjowe blaski na ziemię. Ogród nurzał się cały w zielonosrebrzystej ich powodzi. O kilkadziesiąt kroków lśniło dreszczem wodnych zmarszczków jezioro, przedzielone na pół długim, wąskim przylądkiem, wbiegającym w jego środek. Na rozszerzonym w kształcie półwyspu wylocie przylądka bielała oblana z trzech stron wodami kaplica. Przez otwarte drzwi widniał ołtarz oświecony mdłym światłem dwóch świec, w dolnej swej części przesłonięty jakąś czarną, niewyraźnie rysującą się masą. W górze, pod stropem krwawiła lampka wieczysta...

Fale jeziora podrywane co chwila podmuchami wiatru uderzały z cichym pluskotem o kamienny zrąb kaplicy i odtrącone łagodnie od połogich jego szkarpów, wracały do łożyska. Na kalinie, co samotnie wystrzeliła tu ze skalnego zbocza, zarzucając na dach świątyńki kraśne korale warkoczy, słowik łkał piosenkę miłości. W głębi poprzerzynane mozaiką świateł i cieni szumiało tajemniczo rozgwarem drzew tło dalsze...

Od klasztoru zabrzmiała pieśń. Z perspektywy ogrodowych alej płynęła smutna melodia Salve Regina. Głosy czyste, rzewne, dziewicze. Poprzez ponurą, rozdartą od bólu arię chóru przebijał głęboki, tęsknotą zaświatów natchniony wtór altów. U wylotu klonowej ulicy zamigotały światła świec i latarek, w półmroku drzew zamajaczył orszak mniszek.

Szły powoli, oskrzydlając potrójnym szeregiem białych, w weselne kwefy otulonych postaci wysoko na ramionach sześciu sióstr spoczywające mary. Szły powoli, z pieśnią na ustach, dźwigając bezcenny ciężar przedwcześnie zgasłej towarzyszki. Na białej, atłasowej, w srebrne lilie przetykanej poduszce, w mirtowej wianka koronie spoczęła przepiękna jej głowa. Spod opuszczonych rzęs padał cień na twarz alabastrowo bladą, w rękach na piersi złożonych błyszczał w posrebrzu księżyca krzyż. Na ustach, z których skon nie zdołał zetrzeć barw koralu, zastygł uśmiech-zagadka. Zastygł i rozlał po twarzy wyraz niewypowiedziany...