Dopiero teraz poczuł silny głód. Miał wrażenie, że od 24 godzin nic nie jadł. Spojrzał na zegar wieżowy. Dochodziła szósta. Było jeszcze bardzo rano.

„Restauracje z pewnością jeszcze zamknięte — wyciągnął nieprzyjemny dla siebie wniosek. — Szkoda, że nie zjadłem śniadania na dworcu”.

Wtem na rogu ul. Katedralnej, po prawej, spostrzegł otwarte gościnnie podwoje kawiarni Centralnej. Uśmiechnął się zadowolony i wszedł do wnętrza.

— Jedna biała cedzona! — rzucił półgłosem dyspozycję kelnerowi, zanurzając się z rozkoszą w przytulne ramiona fotelu pod oknem. Po chwili pokrzepiał się już wonnym odwarem, przeglądając równocześnie dzienniki.

— Szarzyzna — mruknął po pewnym czasie, odkładając znudzony gazetę. — Codzienność.

I ziewnął przeciągle... Potem wyjrzał przez okno. Znużone spojrzenie przesunęło się po absydzie katedry, spłynęło po zboczach graniastej wieży i przerzuciło się ociężale na pierzeję domów u zbiegu Katedralnej i Mniszej. Powoli uwaga skupiła się na narożnej kamienicy vis-à-vis baszty wieżowej z zegarem. Nie wiadomo dlaczego, z osobliwą uporczywością obserwował partię parterową domu pod nr 18. Musiał tam być zapewne jakiś sklep lub magazyn, bo okna i drzwi zasunięto żelaznymi storami. Wtem ze zdumieniem odczytał napis nad wyjściem; Stefan Zieleniewicz.

— To niemożliwe! — żachnął się niemal głośno. — To niemożliwe!

— Co takiego, proszę szanownego pana? — zapytał uprzejmie, pochylając się nad nim, starszy kelner, Marcin, dobry znajomy z dawnych, kawiarnianych czasów. — O co chodzi?

— Co to za sklep? — zapytał Pomian wskazując oczyma wywieszkę.

— Zieleniewicz i Spółka: sklep wyrobów i przetworów żelaznych — objaśniał spokojnie Marcin. — Stara, solidna firma. Szanowny pan przecież tutejszy. Nic pan o niej dotychczas nie słyszał?