— Co chcesz uczynić?

Przez chwilę ważyły się ich spojrzenia. Kuternóżka pierwszy spuścił oczy: nie mógł wytrzymać blasku tamtych jasnych i czystych jak lazur. Nagle wyswobodził ramię spod ręki księdza i rzucił się do ucieczki. Dziki strach pędził go przed siebie. W kilku sekundach przebył przylądek, przebiegł jakąś łąkę, przedarł się przez gaj brzozowy i dopadł pnia starej lipy tuż pod murem. W mgnieniu oka wtargnął pomiędzy jej konary, wspiął się na wierzchołek, a stąd zesunął na szczyt muru. Po chwili jednym szalonym skokiem znalazł się po drugiej stronie. Nie oglądając się, ruszył na przełaj przez puste pola i ugory.

Pędził bez przerwy, bez wytchnienia, zaczepiając o krzewy, potykając się o grudy i śródpolne kamienie. W końcu, gdy na wschodzie wyciągnęła się mleczna linia brzasku, dotarł do zrębów lasu. Świtało już na niebie, gdy zanurzał się w chaszcze u skraju dąbrowy. Roztworzyły się przed nim i zamknęły z powrotem gościnne ich pierzeje. Zakryły przed okiem ludzkim drzew zielone spławy...

Amelia

W połowie czerwca Pomian wrócił z podróży. Gdy po opuszczeniu pociągu przeszedł sklepiste tunele pod peronem i znalazł się na białym, w kostki wykładanym dojeździe dworcowym, ogarnęło go uczucie zdumienia. Całe otoczenie wydało się dziwne i jakby nieswoje. By rozprostować trochę zdrętwiałe długą jazdą członki, nie wziął dorożki, lecz zostawiwszy pakunki w szatni, poszedł ku miastu długą, wysadzaną lipami aleją ulicy Kolejowej. Szczególne uczucie „dziwności” wszystkiego, co go otaczało, nie opuszczało go ani na chwilę. A przecież od czasu jak wyjechał, upłynęły zaledwie trzy miesiące.

„Czyżby się co tutaj zmieniło?” — pomyślał, wodząc spojrzeniem po rysujących się w dali wieżach kościołów, spiętrzonym w perspektywie chaosie dachów i czubach rozkwitłych w pełni drzew.

Nie. — Raczej uderzył niemile „normalny” wygląd miasta. Wszedłszy głębiej w istotę swego stanu, nabrał przekonania, że tym, co go teraz raziło, był brak czegoś wyjątkowego w otaczającym go obecnie środowisku. Po prostu Pomian spodziewał się, że zastanie tu wszystko „jakoś inaczej”. Tymczasem przynajmniej na razie nic nie zapowiadało wyglądanej zmiany; wszystko było „po staremu”. Twarze przechodniów obojętne przesuwały się przed jego spojrzeniem leniwo i szaro jak codzienność.

„Rzecz niepojęta! — myślał, skręcając koło kościoła św. Elżbiety na Klasztorną. — Więc się tutaj nic nie stało? Ludzie tacy jacyś spokojni, jak gdyby nigdy nic. A może by tak kogoś zagadnąć w oględny sposób?”

Tu opadło go uczucie nagłego zawstydzenia.

Nie wypada — mogą wyśmiać. Może rzeczywiście nic tu szczególnego nie zaszło; może owa „obcość”, jaką tutaj odczuwam, jest czymś chwilowym, czymś, co tkwi tylko we mnie? Należy być ostrożnym.