— Podobno bardzo srogi spowiednik i kaznodzieja? — zagadywał w dalszym ciągu.

— Jużci surowy jest, bo ludziska w mieście paskudne, a to święty człowiek.

— Słyszałem, że to on prowadził tego roku procesję błagalną w Dnie Krzyżowe na „Bugaju”?

Stara wybałuszyła nań kaprawe103 oczy.

— Hę? Na „Bugaju”, powiadacie, panie? A gdzież to ten „Bugaj”? Miejsce jakie odpustowe czy co?

Pomian uczuł, że zabłąkał się znów pomiędzy jakieś wertepy.

— Jak to, babusiu: nie wiecie, gdzie jest przedmiejski przysiółek zwany powszechnie Bugajem? Nad rzeką, tuż za Zieloną Rogatką.

— Ha, ha, ha! — zachichotała cicho Teklusia. — Już wiem, już wiem, co wielmożny pan ma na myśli. Ale to nie żaden „Bugaj”, proszę łaski pana, jeno „Dębinowa Kępa”. Wielmożnemu panu coś się pewnikiem pomyliło. A co do owych Dni Krzyżowych: nic mi nie wiadomo. Ktoś wielmożnemu panu nabajał o tym dubów smalonych. Gdyby coś tam takiego było, pierwsza bym o tym wiedziała. Pan Pieniążek, zakrystian, mój kmotr104 i powinowaty, coś by mi o tym powiedział.

— Ostawajcie z Bogiem, matko — pożegnał babkę Pomian, przerywając indagację105.

— Boże was ta prowadź, panie! Bóg zapłać za jałmużnę! Pan Jezus niech użyczy! — odpowiedziała, przeprowadzając go spojrzeniem starych, zakisłych oczu.