W 20 minut później Pomian był już u siebie przy ul. Źródlanej. Przyjął go Józef, jak gdyby nigdy nic, z łagodnym, wyrozumiałym uśmiechem. Poczciwy wyga nigdy się niczemu nie dziwił. Tak już przywykł do rozmaitych dziwactw i niespodzianek w życiu swego pana, że wszystko, cokolwiek odbiegało od codziennej normy, przyjmował jako rzecz naturalną i samo przez się zrozumiałą. Zresztą, co właściwie zaszło nadzwyczajnego? Wyjechał pan nagle na trzy miesiące, nie wiadomo dokładnie dokąd, wyjechał, prawdę mówiąc, wtedy, kiedy już był czas najwyższy po temu, i wrócił równie nagle, jak odjechał. Co to komu szkodziło? Co to kogo obchodziło? Jego, Józefa, z pewnością najmniej. Poza tym owe „wyjazdy” i „podróże” nie były mu pierwszyzną. Zawsze jakoś co pewien czas, co parę lat, gdy się pan czymś bardzo przejął lub czymś bardzo zirytował, przychodziły najpierw owe „przemiany”, które on, Józef, nazywał po swojemu „forpatrolami” lub „forpocztami”, a potem następowały „wyjazdy” i to — rzecz znamienna — zwykle na 3 miesiące. Sługa tak już do tego przywykł, że dziwnym by mu się wydało, gdyby było inaczej.
Dlatego i teraz spodziewał się powrotu pana już od paru dni i wszystko przygotował na przyjęcie. W parę minut po przybyciu Pomian rozkosznie wyciągnięty na sofce popijał już swoją czarną kawę, stanowiącą clou106 i finale107 drugiego śniadania. Wkrótce jednak znużenie po podróży zmorzyło go snem: ostrożnie wyjął mu Józef z bezwładnych palców tlejący jeszcze niedogarek108 cygara i podsunął poduszkę pod głowę...
Zbudził go dopiero późno po południu dźwięk zegara z wieży farnego kościoła. Przeciągnął się leniwo na posłaniu i spojrzał w okno. Słońce kłoniło się już ku zachodowi, oblewając szczyty domów i świątyń. Smutny, pożegnalny jego refleks, przywarłszy do jednej ze ścian pokoju, powoli wędrował w górę gdzieś w kierunku stropu i bladł w oczach, dogorywał...
Pomian podniósł się ociężale z sofy i podszedł ku biurku. Na zielonym tle sukna odcinał się wyraźnie, niemal wyzywająco, biały prostokąt papieru.
List!...
Wziął go do ręki i na chwilę zawahał się: otworzyć zaraz czy odłożyć do jutra? Może coś nieprzyjemnego?
Lecz delikatna woń fiołków ulatniająca się z listu podziałała zachęcająco. Rozerwał kopertę i rzuciwszy okiem na podpis, zdumiał się. Pisała pani Amelia Pradera, wdowa po śp. ministrze.
„Szczególne! — pomyślał, wpatrując się z niedowierzaniem w piękny, silnie zindywidualizowany charakter pisma. — Szczególne! Czego może chcieć ode mnie ta kobieta?”
I szybko przebiegł oczyma treść listu.