„Szanowny Panie! — pisała żona jego wroga. — Spełniając ostatnią wolę śp. Męża mego, pragnęłabym widzieć się z Szanownym Panem i zamienić z Nim parę słów w pewnej ważnej, dotyczącej śp. Męża mego, sprawie. Sądzę, że najodpowiedniejszym terenem dla naszego spotkania będzie mój dom; byłabym Mu szczerze wdzięczna, gdyby zechciał odwiedzić mnie w którąś środę lub sobotę między piątą a siódmą po południu. Mieszkam obecnie przy ul. Lipowej l. 23, I p. Proszę przyjąć wyrazy szczerego szacunku,

Amelia Pradera”

Sapristi!109 — pomyślał, odrywając oczy od pisma i zatapiając je w roztocz słonecznego zachodu. — Spełnia jego ostatnią wolę. Czyżby Pradera, idąc na spotkanie ze mną, przeczuwał pewną śmierć i zostawił testament ze specjalną klauzulą odnoszącą się do mojej osoby? Hm... Dlaczego ona wzywa mnie dopiero dzisiaj, kiedy od jego śmierci upłynęło już niemal 9 miesięcy? Dlaczego nie uczyniła tego wcześniej? Czyżby i co do tego stosowała się do jego woli? W ogóle czego on może chcieć ode mnie z tamtej strony? Dziwne, bardzo dziwne”.

Usiadł przy biurku i zamyślił się. List Amelii ożywił od nowa wypłowiały już trochę od czasu splot myśli i uczuć związanych z tajemnicą śmierci Pradery. Odżyło zainteresowanie dla „sprawy”, zmartwychwstały spod zgliszcz i popiołów wspomnienia i wątpliwości. Od paru miesięcy bowiem przestał zajmować się ponurą aferą i tylko przygodnie dowiadywał się z gazet, że śledztwo prowadzone jest w dalszym ciągu, lubo bez wydatnych rezultatów; podobno nawet uwięziono parę osób podejrzanych o zamach na życie wielkiego męża stanu, lecz później musiano je wypuścić na wolność z powodu braku dostatecznych dowodów. W ogóle, o ile mu było wiadomym, sprawa znajdowała się obecnie w stadium długotrwałej stagnacji; jak wszystko na świecie, i ona zeszła w końcu z porządku dnia i coraz to rzadziej odzywały się jej echa na łamach dzienników. Niemniej Pomian był głęboko przekonany, że władze policyjne i sądowe nie zrezygnują tak prędko z dochodzeń i że „historia” prędzej czy później wypłynie znów na powierzchnię.

Podniósł z zamyśleniem głowę i raz jeszcze objął krótkim spojrzeniem treść listu. Wtedy wyodrębniły się słowa zaproszenia: „w którąś środę lub sobotę między piątą a siódmą”.

— Wszakże dziś właśnie sobota!

Spojrzał na zegarek.

— Szósta. Jeszcze czas.

Zadzwonił na Józefa.

— Mój żakiet i lakiery!