— Jezus, Maria! — krzyknęła pokojówka, przeszywając go nienawistnymi oczyma. — Co pan tutaj wyprawia?

I rzuciła się do ratowania pani. Lecz Pomian wściekłym ruchem odtrącił ją od omdlałej.

— Wynoś się stąd natychmiast! Obejdzie się tu bez ciebie! — I nie zważając już na protesty rozzuchwalonej dziewczyny, zaczął cucić kochankę solami z podręcznej apteczki. Gdy po kilku sekundach otworzyła półprzytomne oczy, powierzył ją opiece ponuro obserwującej jego ruchy Justynki.

— A język radzę ci trzymać za zębami — rzekł jej po prostu na odchodnym. — Pani potrzebuje teraz spokoju. Zabraniam ci drażnić ją w jakikolwiek sposób. Pamiętaj! — dodał tonem groźby. — Bo cała ta historia może się dla ciebie bardzo smutno skończyć!

I szybko ubrawszy się, wyszedł.

Zła godzina

W niespełna tydzień po przykrej scenie otrzymał list, w którym jak gdyby nigdy nic upraszała go na „przyjacielską herbatkę”. List po przeczytaniu spalił, a z zaproszenia naturalnie nie skorzystał. W dwa dni potem przyszedł list drugi, zdradzający objawy pewnej skruchy. Amelia prosiła, by się więcej „nie dąsał” i puścił w niepamięć „dziecinne w istocie rzeczy nieporozumienie”. Nazwała go przy tym „dużym dzieckiem, które nie rozumie się na żartach”.

Gdy i na to wezwanie pozostał nieczuły, uderzyła po raz trzeci w ton pokory i prośby: w słowach pełnych żalu błagała o przebaczenie. I na ten list nie odpowiedział. Wtedy przyszła do niego sama w porze popołudniowej, koło trzeciej, kiedy go można było zawsze zastać w domu.

Ujrzawszy jej twarz zmienioną, jakąś dziwnie drobną i wyszczuploną z parą cudnych, błyszczących gorączkowo oczu, uczuł niby wyrzut sumienia i długo trzymał w objęciach tulącą mu się do piersi.

I zrozumieli wtedy oboje, że chwila ta była narodzinami ich miłości.