Kiedy mimo rodzimych tłumików nazwisko Wrześmiana zaczęło przedostawać się poza rubieże kraju i grono zwolenników i szczerych przyjaciół czyniło starania, by wprowadzić jego dramat na sceny zagraniczne, odezwały się głosy „odradzające”; troskliwi o prestige polskiego dramatu ziomkowie usiłowali rękami i nogami nie dopuścić do realizacji scenicznej utworu, który zbyt odchylał się od swojskiego szablonu i nie otrzymał przepustki na eksport w literackiej komorze celnej.

Najzabawniejsza była nieporadność ataków. Ponieważ żaden z tych panów nie mógł zaczepić ideowych podstaw twórczości Wrześmiana, ile że żaden z nich nie posiadał wystarczającej kompetencji, przeto unikano starannie dyskusji na temat filozoficznych i psychologicznych jego założeń, czepiając się kurczowo zewnętrzności i błahostek. O tym, co nowego, co oryginalnego wnosił ze sobą Wrześmian do poezji i sztuki, nie mówiło się wcale lub, jeśli się mówiło, to z lekceważeniem, powierzchownie i, co gorsza, w oświetleniu fałszywym, wykazującym zupełny brak zrozumienia. Do utworów wibrujących twórczą męką, nasyconych grozą życia i zdumieniem nad jego przejawami, zabierali się panowie krytycy tak sobie po gospodarsku, z zakasanymi rękoma i z blagierską nonszalancją, jak gdyby chodziło o ocenę zbiorku kabaretowych piosenek lub arabskich awantur jednego z naszych najserdeczniejszych wesołków151. Po prostu, bez ceremonii i wielkiego zachodu streszczało się utwory, i to w sposób nieudolny, często błędny lub wręcz opaczny, zaopatrując te mizerne i niedające najmniejszego pojęcia o dziele artysty skróty w jakiś banalny lub złośliwie płytki komentarz.

Ze zdumieniem odczytywałem nieraz te „recenzje” i „oceny”, pisane typowym dziennikarskim żargonem, pełne błędów, przekręceń tekstu i grubiańskich zaczepek.

Najkomiczniejszym ze wszystkiego było drapowanie się w bezstronność i przedmiotowość. Ci zdawkowi i trywialni poławiacze szczególików zewnętrznych, wypisujący gorliwie z utworów Wrześmiana wszelkie rzekome usterki i potknięcia, a przemilczający z umysłu152 to, co tchnęło poezją głębi i piękna, zastrzegali się uroczyście, że nie czynią tego dla jakiejś małostkowej i czczej szykany.

Niektóre z tych artykulików dławiących się nadmiarem własnego jadu były dla nas obu źródłem nieustającej wesołości. Bawiły nas zwłaszcza sprzeczności, w jakie popadali panowie recenzenci; jedna taka ocena zdawała się zwalczać wprost drugą, lubo153 obie schodziły się na bratnim terenie niechęci do Wrześmiana.

Tak np. jeden z nich, uznawszy twórczość mego druha za chorą, utrzymywał z powagą diagnosty, że Wrześmian pisze w gorączce i zapada na malignę. Drugi znów, kolega tamtego po zawodzie, zapewniał uroczyście publikę, że Wrześmian robi szaleństwo na zimno.

Tu mimo woli potrąciłem o jeden z „zasadniczych” i „kardynalnych zarzutów”, czynionych tej odskakującej od normy twórczości. Część krytyków uznała ją za niezdrową, mianowicie „neurasteniczną”, kto wie? — może wprost szkodliwą. A więc? — Écrasez l’infame154! Precz z nim! Niechaj nie mąci spokojnych i ustałych wód! Nam bowiem trzeba literatury „zdrowej”, dużo, dużo słońca i śmiechu. Więc śmiejmy się, panowie i panie! Śmiejmy się i weselmy, bo życie krótkie i należy go umieć używać. Śmiech jest zdrowy i potrzebny do trawienia! Śmiech jest objawem plemiennej siły! Niech więc żyje śmiech i swojscy wesołkowie! Niech nam błaznują i wywracają koziołki!

Obok szlachetnej grupy dbałych o zdrowie literatury „sanitariuszy” mógł się Wrześmian poszczycić drugą, nie mniej szczerą i... głęboką kategorią przeciwników, których ochrzcił mianem „witalistów”. Panowie ci „wyczuwali” w jego twórczości pewne ubóstwo życiowego materiału, którym operuje. Wrześmian, zdaniem jednego z tych znawców sztuki, mało czerpał z przeżyć własnych, a po tematy do swych utworów sięgał do podręczników psychologii i psychopatologii oraz do pewnych, dość mu zresztą obcych wewnętrznie, wydarzeń, które znał z opowiadań przygodnych i przekształcał po swojemu.

Co za zdumiewająca bystrość spostrzeżenia i co za znajomość źródeł! Myślałbyś, że się Wrześmian przed nim spowiadał lub że go szanowny krytyk podpatrzył przez dziurkę od klucza.

A obok tego taki sąd z innej strony: — Cała twórczość Wrześmiana ma jakąś logikę fanatyzmu i czasem coś prawie oszałamiającego w swym irracjonalizmie.