Komu tu dać wiarę?
Sądzę, że bliższym prawdy był chyba ten drugi.
Zresztą opinie o tym dziwnym człowieku zmieniano zależnie od potrzeby i okoliczności. Pewien „wybitny” recenzent przyznawał zrazu łaskawie, że Wrześmian pisze stylem zwartym, lapidarnym i dziwnie mocnym — stylem chwytającym półtony i półdźwięki, które zazwyczaj drżą w powietrzu niepostrzeżenie, że wydobywa w nieporównanych często skrótach mistyczny kształt wnętrza, którego istotę zaledwo przeczuwamy. Ten sam krytyk w parę lat potem, porósłszy trochę w piórka, wydał o tymże stylu opinię wręcz przeciwną. Teraz zdaniem jego utwory Wrześmiana pisane były językiem „ubogim”. Parbleu155! Podziwiam stałość i wytrawność sądów!
Do ostatniej, najpospolitszej kategorii oceniaczy muzy Wrześmianowej należeli specjaliści od „wpływologii”. Zdaniem ich Wrześmian pozostawał pod silnym oddziaływaniem wszystkich możliwych i niemożliwych fantastów świata, od papy A. Hoffmanna156 i E. Poego157 poprzez Stevensona158, Villiersa de l’Isle Adam159 do współczesnego mu Meyrinka160161. Wrześmian był tym i tamtym, tamtym i owym, był nimi wszystkimi po trosze — tylko nie sobą, tylko nie Wrześmianem. Bo i jakżeby inaczej być mogło? Gdzież by też u nas coś podobnego?...
Wrześmian czytał przygodnie te elukubracje i uśmiechał się. Były z jednej strony zbyt zjadliwe, by je brać za wyraz szczerego przekonania, z drugiej zbyt płytkie i jednostronne, by się z nimi liczyć. W każdym razie świadczyły o tym, że go zauważono, i to — z niemiłym zdziwieniem.
Chociaż się o to nie starał wcale, skupiła się koło niego mała, ale doborowa gmina duchowa, której został przewodnikiem. Kilka jednostek wybitnych, o strukturze duchowej głębokiej i skłonnej do mistycznego na świat spojrzenia, otoczyło go życzliwą opieką. W słońcu tej przyjaźni talent jego niezwykły dojrzał i rozwinął się w pełni. Lecz zamiłowanie do życia samotnego i izolacji wzrastało z rokiem każdym i rozluźniało węzły towarzyskiej zażyłości. Równocześnie brak bezpośrednich „chwytów”, jakich każdy ambitny człowiek dokonywać musi w łonie życia, jeżeli pragnie wybić się na jego powierzchnię, spowodował, że przestano się nim z czasem zajmować. Od szeregu już lat Wrześmian milczał i nie ogłaszał swych utworów. Odciąwszy się od ludzi czterema ścianami mieszkania gdzieś w podmiejskim ustroniu, znikał niemal zupełnie z widowni świata.
Szanując jego wolę, nie narzucałem mu się od dłuższego już czasu swoimi wizytami, jakkolwiek lubił mnie i czułem, że towarzystwo moje nigdy mu nie ciążyło. Dopiero wczoraj, tj. w miesiąc niespełna po straszliwym zgonie Amelii, odważyłem się na ten krok, pchany ku temu niezwykłemu człowiekowi jakimś tajemnym nakazem.
Zastałem go w małym, szarym domku u wylotu podmiejskiej ulicy, opartego łokciami o parapet otwartego okna i zapatrzonego przed siebie. Był tak głęboko zamyślony, że nie zauważył mej obecności w pokoju. Dopiero gdy dotknąłem jego ramienia, ocknął się z zadumy i żywo obrócił się ku mnie.
— Co za niespodzianka! — rzekł, serdecznie ściskając mi rękę. — Myślałem już, że zapomniałeś o mnie zupełnie.
— Nie chciałem tylko być natrętny. Wiem, że nie lubisz zbyt częstych odwiedzin.