— To prawda, lecz ty jesteś w mym domu zawsze mile widzianym gościem.

— Dziękuję ci. Prawdę mówiąc, sprowadza mnie interes.

— Proszę, o co idzie? — zapytał, skierowując na mnie spojrzenie swych szarych, wyrazistych oczu.

— O nic konkretnego. Szukam u ciebie pewnego rodzaju wsparcia moralnego i pewnych wyjaśnień specjalnej, trochę nieuchwytnej natury. Jestem, uważasz, od dłuższego już czasu, powiedzmy, od dwóch lat, jakby wyważony z zawiasów; potrzebuję twojej rady i pragnę poznać twój pogląd na zajmującą mnie obecnie sprawę. Może potrafisz rozwikłać lub przynajmniej rozjaśnić trochę ponury problem, który mnie prześladuje od tak już dawna.

— Czy chodzi o zagadnienie psychicznej natury?

— Nie: raczej metafizycznej. Idzie tu o śmierć Pradery.

Wrześmian poruszył się na krześle niespokojnie.

— Rzecz dziwna; i mnie zajęła silnie ta sprawa od samego początku. Czy oprócz tego, co wyczytałeś z gazet, możesz mi udzielić specjalnych wiadomości? Czy zdobyłeś jakie nowe szczegóły na własną rękę?

— Nie słyszałeś nic o jego żonie? — odpowiedziałem pytaniem.

— Nie. Od paru miesięcy żadna wiadomość z zewnątrz nie przedostała się do mojej samotni. Nie czytuję dzienników.