— Amelia Pradera zginęła miesiąc temu śmiercią samobójczą. Ponieważ okoliczności, które poprzedziły zgon tej niezwykłej kobiety, złączone są ściśle z moimi osobistymi przeżyciami i mimo woli przyczyniłem się do straszliwego jej końca, muszę cię zaznajomić z pewnymi szczegółami. Wolałbym milczeć, gdyby nie głębokie przekonanie, że przebieg i tragiczne zakończenie mojej z nią przyjaźni związane są podziemnymi węzłami ze śmiercią jej męża. Sądzę, że znajomość pewnych momentów z ostatnich miesięcy życia Amelii może ułatwić ci zadanie. Naturalnie liczę na pełną dyskrecję.

Wrześmian odpowiedział uśmiechem zamyślenia.

— O tej chyba nie potrzebujesz wątpić — rzekł, patrząc mi badawczo w oczy. — Musi ci jednak bardzo zależeć na tym, jeśli zdobywasz się aż na taką ofiarę.

— Tak. Czuję, że od tego zależy moja przyszła postawa do życia, może w ogóle moje dalsze istnienie. Chcę wiedzieć, kto z nas miał rację: ja czy on? Czy śmierć jego mam uważać za wyraz sympatii okazanej mi przez siły wyższe, których jestem sprzymierzeńcem, czy też była ona tylko dziełem tzw. przypadku. Pragnę dociec, czy wysiłek całego życia był potrzebny, czy to, o co walczę, o co w gruncie rzeczy walczymy obaj, i ja, i ty, jest dobre i ewolucyjnie dodatnie czy też względne i problematyczne. Przypuszczam, że ty, jako stojący dalej od kotłowiska zdarzeń i wypadków życiowych, a za to głęboko zanurzony w świecie metafizycznych dociekań, zdołasz łatwiej ode mnie pochwycić niewidzialne fale, płynące wciąż stamtąd ku naszym brzegom. Ufam twej intuicji.

— Zdaje mi się, przeceniasz me siły — odparł, zapuszczając roletę i zapalając lampę, bo zaczynało już ściemniać się na dworze.

— Wiem, co mówię. Zresztą posłuchaj!

I krótko, ograniczając się do momentów najważniejszych, opowiedziałem mu dzieje mej znajomości z Amelią. Słuchał z uwagą, nie przerywając ani słowem. Gdy skończyłem, przez długi czas siedział w milczeniu ze wzrokiem wbitym w mroczniejący cieniami kąt pokoju.

— Ostatecznie — rzekł, przenosząc powoli oczy na mnie — Pradera poniósł powtórnie porażkę. To, na co liczył, powierzając ją twej opiece, fatalnie zawiodło. Amelia padła ofiarą jego mściwości. Zwyciężyły ją płeć i jej nieodłączna sojusznica, miłość.

— Tak, lecz te fakty nie dają mi bezwzględnej pewności, że wypłynęły z woli mocy wyższej, że leżą rzeczywiście na linii wstępnej ewolucji i przyczyniły się do usunięcia z drogi przeszkód, wstrzymujących lot Ducha.

— No tak — pewności tu nie ma. Przyznam ci się otwarcie, że o śmierci Amelii na razie nie mogę ci nic ważkiego powiedzieć; fakt spadł na mnie zbyt nagle, bym mógł już dzisiaj ocenić głębsze jego znaczenie. Zresztą chodzi tu o kobietę; w podobnych wypadkach sprawa wikła się i komplikuje bardzo, bo wchodzi w grę żywioł seksualny, poniekąd autonomiczny, który często nie styka się wcale z rubieżami wyższego rzędu. Nie wykluczam wprawdzie głębszych związków, jakie może posiada twoja tak tragicznie sfinalizowana afera miłosna, lecz na razie nie umiem ich uchwycić. To pewna, że pod koniec swego życia Amelia nie była istotą normalną i że bezpośrednia przyczyna jej śmierci, zdaje się, wyszła z „tamtej strony”. Zresztą, jak ci wiadomo, rozstrzyganie w podobnej kwestii jest rzeczą bardzo ryzykowną. Objawy, które towarzyszyły jej dniom ostatnim, można tak rozmaicie tłumaczyć...