— A, Makryna, Makryna się dziś nazywamy.

I nie zważając już na rozdrażnianego gościa, ciężkim krokiem odszedł w sąsiednią izbę, gdzie znikła dziewka. Ożarski rzucił się za nim, chcąc się wedrzeć do wnętrza komory, lecz w tejże chwili ujrzał wychodzącą z niej Makrynę.

Była tylko w koszuli. Złocistoczerwone jej włosy rozsypały się migotliwą strugą po plecach, igrały rudomosiężną barwą pod światło.

W rękach trzymała trzy kosze napełnione świeżo zaczynionym chlebem. Postawiwszy je na ławie obok kuchni, chwyciła z kąta kociubę12 i zaczęła wygarniać z pieca żarzące się węgle. Pochylona naprzód ku czarnemu otworowi jej postać wygięła się silnym, jędrnym łukiem, uwydatniając zdrowe, dziewicze kształty.

Ożarski zapamiętał się. Chwycił wpół zgiętą i podniósłszy koszulę, począł okrywać jej zaróżowione od ciepła ciało palącymi pocałunkami.

Makryna, śmiejąc się, nie przeszkadzała. Wygarnąwszy tymczasem dotlałe głownie, resztę żaru zostawiła niedbale po krajach, po czym za pomocą ożoga włożonego w wymiotło usunęła i wnętrza zalegający popiół. Lecz namiętne uściski gościa przeszkadzały jej snadź13 zbytnio w robocie, gdyż w końcu, oswobadzając się z gorących objęć, zagroziła mu żartobliwie podniesioną w górę łopatą. Ożarski na chwilę ustąpił, czekając, aż skończy z chlebami. Jakoż wyrzuciła kolejno wszystkie bochenki z koszów i obsypawszy raz jeszcze mąką, wsadziła do pieca. Z kolei zdjęła zawieszoną obok na sznurze zatułę i zamknęła nią otwór czeluści.

Inżynier drżał z niecierpliwości. Wreszcie widząc, że praca ukończona, postąpił drapieżnym krokiem i ciągnąc ją ku łóżku, usiłował zedrzeć z niej koszulę. Lecz dziewka broniła się:

— Teraz nie. Za wcześnie. Potem, za jaką godzinę, wedle północy, przyjdę wyjąć chleb. Wtedy mnie będziesz miał. No, puść już, puść! Jak mówię, że przyjdę, to przyjdę. Siłą się wziąć nie dam.

I zręcznym, kocim ruchem wymknąwszy mu się z ramion, prześmigła obok pieca, zaparła w górze wentyl i przepadła w komorze. Chciał wedrzeć się za nią do środka, lecz zaryglowane szybko z wnętrza drzwi nie puściły.

— Szelma! — syknął przez zęby zziajany. — Lecz o północy nie daruję. Przyjść musisz po chleby! Całą noc ich tam chyba nie zostawisz.