Z wolna megiera, nie zmieniając pozycji nóg, odsunęła kołdrę i zaczęła ściągać zeń bieliznę. Ożarski zrazu usiłował się bronić, lecz czując na sobie ucisk jej i pętający wolę żar jurnych oczu, poddał się z jakąś okropną rozkoszą.

Wiedźma, zauważywszy zaszłą w nim zmianę, usunęła stopę miażdżącą mu wargi i usiadłszy na łóżku, rozpoczęła z nim dzikie, wyuzdane pieszczoty. Po kilku chwilach opanowała go zupełnie: drżał z lubieży. Rozpętana ruja, zwierzęca, niesyta, pierwotna, rozkołysała ich ciała i splotła w tytanicznym uścisku. Lubieżna samica rzuciła się pod niego i kornie, jak młode dziewczę, błagalnym ruchem ud garnąć go jęła w siebie.

Ożarski zaspokoił ją. Wtedy zdało się, że oszalała. Otoczyła go nerwistymi rękoma wpół, oplątała lędźwie muskularnymi nogami i zaczęła ściskać w potwornym objęciu. Poczuł ból w krzyżach, w piersi.

— Puszczaj! Udusisz!

Okropny uścisk nie zelżał. Zdawało się, zgniecie mu żebra, zdruzgoce klatkę piersiową. Półprzytomny, lewą wolną ręką pochwycił ze stołu połyskujący nóż, podsunął jej pod pachę i zatopił... Piekielny dwukrzyk rozdarł ciszę nocy: dziki, zwierzęcy ryk mężczyzny — i ostry, przeszywający jęk kobiety. A potem milczenie, absolutne milczenie...

Odczuł ulgę, wężowe sploty nocnicy rozluźniły się, zwolniały; wzdłuż ciała jakby oślizgnęła się gładka, obła żmija i skwapliwie15 zsunęła się na ziemię. Nie widział nic, gdyż księżyc skrył się poza chmurą. Tylko głowa ciążyła okropnie, w skroniach pulsowały głośno tętna...

Nagle zerwał się z posłania i gorączkowo zaczął szukać zapałek. Znalazł, potarł, zapalił stoczek. Nikłe światło rozjaśniło izbę: nie było nikogo.

Pochylił się nad łóżkiem. Pościel zwalana była sadzą, pełna śladów ciała, które się po niej tarzało; na poduszce parę dużych plam krwi. Wtedy spostrzegł, że w lewej ręce ściska kurczowo nóż, zbroczony po rękojeść.

Ogarnął go nudny zawrót głowy. Słaniając się, podbiegł do okna i otworzył; dołem wpadł mroźny wiew zimowego poranka i uderzył go w twarz — górą wysnuwał się z izby wąskim sznurem zabójczy gaz...

Otrzeźwiał, przypomniał krzyk. Bezwiednie, półodziany, rzucił się z światłem do komory. Stanął w progu, zajrzał w głąb i żachnął się.