Podeszli do grupy konduktorów opieszale wałęsających się po peronie.
— Dlaczego nie jedziemy dalej? Co spowodowało przerwę w ruchu?
Popatrzyli na pytających zdumieni, jakby nie rozumiejąc, o co właściwie idzie.
— A po cóż jechać dalej? — zdobył się wreszcie na odpowiedź jeden rezolutniejszy. — Albo nam tu źle? Spokój, cisza jak w raju.
— Istny przytułek, jak Boga mego kocham — unosił się drugi.
— I dlategoście zapewne pogasili już wasze latarki, jedyne szkła w tym dziwnym miejscu, które jeszcze przepuszczały światło białe?
Odpowiedzieli dobrodusznym uśmiechem:
— A juści zapewne dlatego. Po co miały się kłócić z barwą, która tu panuje? Zresztą teraz one nam już niepotrzebne. I tak nie pojedziemy dalej.
— Ludzie! — krzyknął przyprowadzony już do pasji Leszczyc. — Czyście powariowali? Co to wszystko znaczy?
Riszivirada ujął go łagodnie pod ramię, odciągając na bok: