— Iść dalej, czy zboczyć na prawo?

Lecz ciekawość kobieca przemogła skrupuły i zdecydowanym ruchem pociągnęła za sobą przyjaciółkę ku alei. Nie szukały jej już długo; wkrótce żywopłot rozstąpił się kształtem naturalnej szczerby i przez ten wyłom przepuścił je do wnętrza zakątka. Znalazły się u wylotu długiej, wąskiej ścieżki biegnącej między szpalerami tarnin i porzeczek; na krańcu alei, w odległej perspektywie widniała mała, bluszczem i pnączami winogradu osnuta kapliczka. Owładnięte przez dziwny nastrój, którym tchnęło miejsce, zakonnice mimo woli zatrzymały się.

Oblane rdzawym, jesiennym słońcem krzewy i chaszcze drzemały senne i zadumane; śniły im się może wspomnienia dawnych lat, majaczyły w słonecznej topieli zdarzenia przeszłych dni, co tu się rozegrały fatalnie? Na ścieżkę białą, wyzłoconą słońcem padały w poprzek cienie ich ostre, głębokie i haftowały na piasku krzyżowy wzorzec zagadek. Tam w głębi, pod murem popielata plama świątyńki w oplotach dzikiego wina z rubinowym sercem lampki wieczystej, tam wyżej, ponad zrębem turkusowy strop nieba i wzdęty, bławy53 klosz morza. I żadnego głosu, żadnego dźwięku prócz rytmu jego chorałów — dostojnych, odwiecznych... Wtem uczuła wikaria, że Bernarda drżąca cała opiera się o jej ramię.

— Siostro — szeptała — spójrz w tamtą stronę, siostro! Czy nic nie widzisz?

Na tle kapliczki zarysowała się postać mężczyzny w zakonnym habicie; długa, krucza broda okalała twarz bladą, pociągłą, z parą głęboko osadzonych, płomiennych oczu; te oczy wpatrywały się uporczywie w Agnieszkę. Nieznajomy zakonnik szedł z głębi alei ku nim. Gdy przebył połowę dzielącej ich przestrzeni, wikaria, otrząsając się z odrętwienia, chwyciła krzyż wiszący jej na piersi i wyciągnęła go ku niemu gestem obrony.

Na twarzy mnicha pojawił się uśmiech na pół bolesny, na pół ironiczny; zawahał się, zakołysał i nagle rozwiał bez śladu.

— To było widmo pokutnika — szepnęła siostra Agnieszka, słaniając się w objęciach młodych, silnych ramion Bernardy.

— Co to wam, siostro? — pytała tamta, podtrzymując drżącą i wybladłą.

— Nic już, nic. Przelękłam się trochę. Już przeszło. Lecz proszę cię, siostro, bardzo gorąco proszę: nie mów nikomu o tym, cośmy tu widziały.

— Nie powiem, siostro wikario.