Starzec uśmiechnął się dobrotliwie ubawiony trochę znać naiwnością pytania.
— Śledzi, matko dobrodziejko? Nie pora jeszcze na nie, nie pora. Śledź i szprot, wiadomo: ryba zimowa; od Szwedo ciągne dopiro w czos godów42, a do godnika43 daleko. Pomuchle łowim w te czasy, matko wielebno, dorsze łowim i brzony, gdy głada44 na łowiszczu, a w słodkiej wodze bodzionki45 i jesiotry.
— A piękna pogoda długo jeszcze wytrzyma? — wmieszała się do rozmowy siostra Bernarda.
— Bogać tam! Wnetki przyndą sztormy i dma okrutna zmątwi wodne płanie. Pomykać musim z wątonami46 i drgubą47, póki czas. Gdy zejdze nos wielko wiejbo, porwie postronki i uwięzie, i poniesie na bystrz! Wtedy i kwaczą48 nie zgonisz.
Tymczasem siostra prokurzystka policzyła ryby i należytość. Stary z zadowoleniem odebrał pieniądze i schował do skórzanej sakiewki.
— Ostawajcie z Ponem Jezusem, matki wielebne — pożegnał mniszki, zabierając się do wyjścia. — Za tydzień, gdy wyciągnemy więcerze i pławnice zapuszczone w jeziorze podle Mewiej Rewy, przynde tu snowu. Rybo z cichego połowu peszna49; same snaże50 sztuki.
— Pan Jezus niech was prowadzi, ojcze. Do widzenia! Szczęśliwego połowu! — odpowiedziały mu siostry.
Nacisnął na głowę uszatą „mucę” i zniknął w drzwiach. Z oddali nadpłynął przedpołudniowy Angelus dzwonów. Zbliżał się obiad i meridiana51. Należało wracać do klasztoru. Przeprowadzone przez Marię Augustynę aż do opłotków folwarcznych zakonnice pożegnały ją serdecznie, obiecując rychłą powtórną wizytę, po czym zwróciły się na lewo w kierunku „starego klasztoru”.
Agnieszka, znająca tę partię tylko z planu przechowywanego w archiwum klasztornym, umyślnie wybrała tę drogę, by poznać i to tajemnicze, mało odwiedzane przez siostry zakonne ustronie. Zakątek zwany „starym klasztorem” obejmował odległy, trójkątny wyimek gruntu na zachodnim krańcu klasztornych włości; ujęty z dwóch stron pierzejami granicznego muru, oddzielony od reszty posiadłości żywopłotem cierni i tarniny, stanowił on dla siebie zamkniętą, pełną dzikiego uroku oazę. Wedle podania tam właśnie wznosił się przed wiekami stary klasztor, którego szczątki widziała jeszcze pierwsza ksieni nowego, o parę stajań na wschód zbudowanego monasteru. Podobno z tych właśnie szczątków wystawiono później na pamiątkę małą, skrętami dzikiego wina oplecioną kapliczkę z wizerunkiem Najświętszej Panny we wnętrzu. Prócz tej świątyńki powstałej z ruin dawnego eremu52, jedynym zabytkiem z owych odległych, zamierzchłych już czasów była aleja porzeczkowa, biegnąca od kapliczki równolegle do muru i linii morza. Miejsce to w opinii starszych zakonnic było „partią zakazaną”. Jakoż nie stało się nigdy terenem wspólnych przechadzek i rekreacji; mniszki unikały go widocznie. Mateczki i starsze siostry nie zapuszczały się nigdy same w tę stronę, zaś nowicjuszkom, konwerskom i siostrom postulantkom wzbronione były samotne przechadzki po odleglejszych partiach klasztornej dziedziny. Zagadnięta raz w tej kwestii przez Agnieszkę ksieni Anastazja dała jej wymijającą odpowiedź, nie zabraniając jednak wyraźnie odwiedzania tej części ogrodu. W ogóle z czasem utrwaliło się w wikarii wrażenie, że zwłaszcza starsze, wtajemniczone w przeszłość i dzieje pierwszego klasztoru zakonnice, odnoszą się do zagadkowego ustronia jakby z uczuciem lęku i przesądnej trwogi.
Pewne światło na sprawę rzuciło przypadkowe odkrycie uczynione przez nią przed paru dniami w archiwum klasztornym pozostającym pod jej zarządem i opieką. Porządkując stare rękopisy i ulotne druki, wpadła siostra Agnieszka mimo woli na trop dziwnej opowieści związanej z dziejami starego klasztoru. To, co wyczytała na pożółkłym ze starości, na pół strawionym przez mole skrawku papieru, zdawało się wyjaśniać po części zachowanie się niektórych zakonnic. I chociaż historia brzmiała trochę fantastycznie i nieprawdopodobnie, niemniej podziałała silnie na wyobraźnię wikarii i skłoniła ją do odwiedzenia „zakazanej strony”. A właśnie minąwszy folwarczny wygon i mały olchowy bugaj, zbliżały się do cierniowego żywopłotu. Agnes na chwilę zawahała się: