„Morskie Panny rozpaliły lo nos ognie — pomyślała Dorszówna i od razu objęło ją całą uczucie niewysłowionej ulgi. — Tero se ju nie strachujem; już trafim do strądu”.

W tejże chwili w odległości kilku metrów od botu zjeżyła się potworna góra wody i zieloną wantą szła na nich do szturmu.

— Jezusie, Mario! — krzyknęła Heda i wpatrzyła się jak oczarowana w zbliżającą się śmierć. Wtedy na zrębie szczytowym wału, wśród żywopłotu z pian i szumów spostrzegła wysoko nad sobą bladą twarz Józka Piocha; wychylił się poza burtę skołatanego straszliwie kutra i patrzył na nią ze ścinającą krew uwagą. Czy ją widział? Czy poznał?... Wzrok jego szklany, tępy, bez wyrazu uderzył jej oczy jak odblask zimowego słońca na tafli lodu...

Nagle wszystko znikło jak wizja. Potężna denega130 chwyciła bot w sturamienne szpony, podważyła od kilu, podniosła jak pióro i siepnęła nim gdzieś w kierunku strądu. Przez chwilę czuła Heda, jak pędem strzały przelatuje przez wodną rozchyl i jak zapada się w przepaść. Potem usłyszała krótki, suchy trzask, niby odgłos rozpruwanej na drzazgi stępki131, głuchy łomot i odurzający wstrząs.

„Osadziło nos na płaskoci” — pomyślała jeszcze w ostatniej chwili i tracąc już przytomność, wżarła się paznokciami obu rąk w piasek strądu...

Gdy po czasie otworzyła oczy, spotkała się z chciwie zatopionym w jej twarzy spojrzeniem Józka. Uśmiechnęli się do siebie równocześnie.

— Panu Jezusowi bądz chwoło — wyszeptał, porywając ją w ramiona.

Sprężyła się z rozkoszy pod żarem jego pocałunków.

— Zemdliło me zrozu od belnego miotu — mówiła, mrużąc rozkochane oczy. — Siepnęło bo noma jak brzadem132 dostałym o ziemie.

I znów uśmiechnęła mu się słodko w objęciach.