— A ty, Józk, skądeś se ta wziął tutaj koło mnie? — zapytała nagle zdumiona. — Widziołom cie przecie przed tym miotem na wirzchu przelewy.
— Pon Jezus snać se noma opiekował; ta sama denega wyrzuciła nos oboje na strąd. Za to nasz kuter i wosz bot poharatało na szczapy. Patrz ino!
I wskazał ręką na szczątki obu statków rozsypane bezładnie po piachu.
— A twój ojc żyw? — zagadnęła nagle z trwogą.
— Żyw i odpoczywo hań pod wantą spychów — uspokoił ją, odciągając łagodnie w głąb lądu z obawy przed szalejącą wciąż falą.
— A o mnie ani słowem marnym nie zapytosz — odezwał się tuż obok nich czyjś głos chrapliwy. — Gwes, kto ta stoi o ojczyma?
W blaskach ogni spływających z klasztornej terasy wyrosła przed kochankami ponura postać Zygmy Kurra. Z rozciętego o głaz kamienny jego czoła ściekała struga krwi, w oczach umęczonych walką z morzem żagwiła się nienawiść. Brutalnym ruchem wytrącił rywalowi z ramion pasierbicę.
— Noma do checzy pora — rzekł krótko, i pociągnął ją za sobą.
Pioch chwycił go za barki i potrząsnął nim silnie parę razy:
— Szukocie se mnom zwady, Kurr, he? — zapytał, zaglądając mu groźnie w oczy.