— Waruj se mojej dzewus! Nie lo ciebie ona — odpowiedział tamten, zaciskając pięści.

Lecz rozdzieliła ich Heda:

— Nie wstyd wom, ojc, w tako pore swarzyc se z somsiadem, miast Ponu Jezusowi podziękować za ratunek?

I wcisnęła się między nich jasna i cicha jak anioł pokoju.

— A ty, Józk — zwróciła się nakazująco do kochanka — pódz stąd precz do twego ojca hań pod spychem; woła cie i ręką coś ci przykazuje.

I rzeczywiście stary Pioch, zauważywszy z dala groźną postawę przeciwników, przywoływał syna do swego boku. Józk usłuchał niechętnie i rzuciwszy pożegnalne spojrzenie Dorszównie, poszedł ku krzątającemu się wśród szczątków kutra ojcu. Gdy stanął przy nim, postacie Kurra i Hedy rozpłynęły mu się w cieniach nocy.

Tymczasem sztorm hulał po morzu ze wzrastającą wciąż siłą. Rozdąsana fala docierała już prawie do podnóży spychów: mokre bryzgi zaczęły zalewać im twarze.

— Ojc, pódźcie do checzy! — perswadował Józk staremu. — Niechajce kutra; pazurami go morzu nie wydrzecie; i tak z niego same deski i szczapy.

— Mosz racjo — przyznał mu ojciec i wypuścił z rąk szczątek burty.

Ruszyli w głąb lądu. Lecz nie uszli kilkudziesięciu kroków, gdy natknęli na resztę rozbitków; parę ciemnych, obdartych, ociekających wodą sylwetek ludzkich umykało ku spychom przed nacierającym coraz zajadlej przewałem, parę innych pochylonych nad rannymi i omdlałymi usiłowało wyciągnąć bezwładne ich ciała poza zasiąg bałwanów.