— Przyszłaś pomóc mi przy dzwonieniu na nieszpory, siostro? — zapytała, zdejmując z muru nad łóżkiem pęk kluczy — właśnie idę do moich dzieci porozmawiać trochę przed wieczorem.
— Więc pójdziemy razem. Chciałam obejrzeć twe dzwony i posłuchać ich muzyki z bliska.
Wyszły z izdebki i po trzeszczących mocno schodach weszły na szczyt wieży i znużone wysiłkiem przystanęły na kolistej platformie. U stóp ich wałęsały się w podrzutach węże sznurów, nad głowami gwizdał wiatr i kołysały się bezgłośnie klosze dzwonów. Było ich cztery: dwa mniejsze, jeden większy i czwarty, średni, na uboczu, jakby umyślnie wysunięty na skrzydło kopuły wieżowej.
— Gabriel i Michał — objaśniła siostra Placyda, idąc za spojrzeniem wikarii — a ten większy, odświętny: to Jan Ewangelista. Można obejrzeć dokładniej z bliska; na dzwonienie jeszcze czas.
— Chętnie obejrzę.
Wieżniczka odchyliła od wnęki muru podwójną drabinkę i rozstawiła ją na podłodze platformy.
— Tędy możemy podejść do samych dzwonów.
Agnieszka weszła pierwsza i wkrótce spostrzegła odbicie swej twarzy w gładkiej, wypolerowanej jak lustro powierzchni Gabriela.
— Stary dzwon, dobry dzwon — chwaliła swe dziecko wieżniczka. — Jeszcze z XV wieku; podobno ze Strzebielinek rodem.
— Co za szlachetna linia profilu! — podziwiała wikaria. — Jak pięknie związana korona!