Kapitan Warmski miał dziś dzień nader pracowity. Jako prezes Yachting-Klubu w Gdyni przewodniczył cały ranek tegorocznym wiosennym regatom, w południe zjadł dorywczo marny, prawdziwie marynarski posiłek, po czym zabrał się do załatwiania spraw urzędowych; od czasu jego wyjazdu na manewry morskie w Zatoce Botnickiej nagromadziło ich się tyle, że teraz po powrocie i objęciu zajęć służbowych inspektora policji portowej i żeglugowej nie wiedział, od czego zacząć, czego się wpierw „chwycić”.
Po wysłuchaniu raportów dziennych, wydaniu najpotrzebniejszych zarządzeń i usunięciu najbardziej dokuczliwych zaległości udał się przede wszystkim do admiralicji, gdzie zdał sprawę z poczynionych przez się w czasie manewrów spostrzeżeń i obserwacji, przy czym jako uzupełnienie swego zwięzłego, iście żołnierskiego resumé złożył obszerny, kilkuarkuszowy memoriał. Pożegnany serdecznie przez admirała, jak wicher popędził do starosty morskiego, byłego komandora, Zakliki, starego druha i przyjaciela, z którym od paru już lat pracował nad dalszym rozwojem rybołówstwa polskiego na pełnym morzu i rozbudową portu rybackiego w Karwi, kontynuując w ten sposób dzieło wielkiego poprzednika i inicjatora, pierwszego starosty morskiego Polski zmartwychwstałej, generała Mariusza Zaruskiego. Zaklika powitał go jak Mesjasza, zasypując bezlikiem pytań i nowin. Z trochę bezładnej, bo z temperamentem przez obu panów prowadzonej rozmowy dowiedział się Warmski, że przyjaciel zamierza stworzyć nową bazę operacyjną dla rybaków przez rozszerzenie i pogłębienie koryta Piaśnicy i przekształcenie tej rzeki w rodzaj kanału dojazdowego do przystani rybackiej na Jeziorze Żarnowskim.
Warmski powitał projekt z entuzjazmem:
— Wybornie! Doskonale! Wyzyskać każdą piędź ziemi, każdy kilometr kwadratowy naszego strądu! Przedrążyć kanałami, związać z lądem, zbratać nierozerwalnie z calizną polskiej macierzy! Vivat starosta!... No a teraz do widzenia, stary wilku morski lub, jeśli wolisz z angielska, my old chap! Mam jeszcze dzisiaj odbyć parę poufnych konferencji przed nocną objażdżką.
Zaklika spojrzał zdumiony:
— Co?! Ledwoś wrócił, już chcesz się włóczyć po nocy?
— Trudno, bracie, służba nie żarty: patrolowy kabotaż208. Od czegóż się jest inspektorem policji morskiej, do licha?
— Więc szczęść ci Boże, kochany chłopie! A odwiedź mnie niebawem!
— Przy najbliższej okazji.
Warmski już był w sieni; śpieszyło mu się diabelnie do kapitanatu portu i do gospody „Pod wyjącą syreną”, punktu zbornego marynarzy dalekiego rejsu209 i miejscowych maszopów.