Serdeczny uśmiech rozjaśnił twarz Kotwicza:

— Tylko bez tych oficjalnych formalności, kolego: między nami to chyba zbędne. Mam tedy do zakomunikowania wam parę spostrzeżeń wraz z prośbą o radę. Ale „śpiewać darmo, boli gardło”. Napijecie się czego ze mną? Mam tu pod ręką niezgorszego burgunda. —

— Nie mam nic przeciwko temu. Czy w czasie mej nieobecności zaszło coś szczególnego?

— Zaraz się dowiecie. Najpierw przypijmy.

I wychylili po kieliszku wina.

— Otóż — kontynuował rozmowę Kotwicz, obcierając wąsy szerokim gestem — zauważyłem w ostatnich czasach, że kręci mi się tu w porcie i okolicach naszego pobrzeża parę podejrzanych indywiduów; jakieś przybłędy nieznanej proweniencji, uważacie?

— Chyba nie od strony lądu?

— Notabene; w takim razie nawet bym koledze o tym nie wspominał jako o sprawie nie z jego resortu.

— Papiery okrętowe mają w porządku?

— Otóż w tym sęk, że niby wszystko w porządku. Ale tylko „niby”. Przyplątali się do nas przed tygodniem na 60-tonowym motorowcu i stanęli na rejdzie210 przed portem.