— Przynależność państwowa?

— Niby to wywodzą się z Ekwadoru; statek wabi się z hiszpańska „Esperanza”, ale licho ich wie, co to za jedni. Zanadto mi się kręcą w pobliżu naszej flotylli wojennej i zbyt natrętnie ciągną za język naszych chłopców. Trzeba te sprawę spenetrować aż do samego dna.

— Zrobi się. Czy z moich ludzi nikt się do pana w tej materii nie zgłaszał?

— Owszem, bosman Sowa pierwszy zwrócił mi uwagę na tych podejrzanych osobników. —

— Wybornie; właśnie jeszcze przed rontem ponocnym ma mi zdać raport; mam się z nim spotkać w gospodzie. Pójdę tam wprost od pana, kapitanie.

— Zatrzymam kolegę jeszcze na małą chwilę. Czy jesteście wolny jutro rano od obowiązków służbowych, inspektorze?

Na wrażliwej twarzy Warmskiego odbiło się niezdecydowanie.

— Jutro rano? — zapytał. — Mniej więcej o której godzinie? Po nocnym patrolażu będę kaducznie zmęczony; chciałbym trochę odpocząć.

— A zatem po południu: tak koło piątej?

— Jestem do usług, kapitanie.