Hen, w dali, w połowie drogi między rozkalą klasztoru a przylądkiem latarni, na wydźwignionej od niedawna z morskich odchyli wysepce zebrał się sejm ptasi i rajcował nad sprawami wyraju. Pora to była późna, jesienna i zbliżał się okres przelotów. Skrzydlata gawiedź obsiadłszy skalisty wydmuch, obradowała wrzaskliwie. Byli to przeważnie goście z północy, mieszkańcy fiordów i skandynawskiej wierzchowiny, którzy tu ściągnęli na przezimek; tylko drobna ich część odlatywała dalej w cieplejsze dziedziny. Na przyjęcie zwiastunów jesieni zleciały też na morski ostrów całe rzesze tubylców i jakby chcąc zaświadczyć, że rade gościom z tamtej strony bełtu, okrążały przybyszy z wesołym pogwarkiem. Były wśród nich kaczki morskie i dzikie łabędzie, kiełpiami zwane, pobrzeżne brodźce-kuligi, czajki, nurki, kormorany, perkozy czubate, burzyki i alki; gdzieś aż od Helu przywędrowały na powitanie zamorskich włóczęgów poczciwe słonki a ścigłe jak szkwały mewy, rybitwy uwijały się skwapliwie, przejęte rolą gościnnych gospodarzy...

Spojrzenie siostry Agnieszki znużone zgiełkiem wędrownego ptactwa przesunęło się leniwo po piasku najbliższego wybrzeża, musnęło przelotnie przedpola podklasztornego masywu i pomknęło w dal wzdłuż strądu na zachód. Tam, w perspektywie bez końca wyciągała się linia pobrzeża: strome klify, obsuwy, dzikie, złotym jerkiem zarosłe spychy i obrywy, kępami dzikich róż, szafranem strojne uskoki lisich jarów, jaźwców — borsuków przytułki, oślepiająco białe, charszczem po wierzchu zjeżone duny31 i wydmy, lotne, kapryśne, wichrom morskim na wolę zdane stogi piachów, z dnia na dzień wygląd zmieniające obtule i osypiska; a niżej, pomiędzy ścianami spychów i wydm a poszarpaną we frędzle fal i piany linią morza szeroka, złocistym miałem wyścielona płaskoć; spod piasku wyzierające to tu, to tam głowy głazów i buły żwirów z wiszarów nadbrzeżnych rodem, marglowe odpryski lub miotem fal na strąd wyrzucone przybłędy; miejscami zamiast plaży twardy, kamieniem i krzemem nastroszony ździar, pusty, bezpłodny spłacheć lądu — stolemów — wielkoludów nocne koczowisko...

Olśnione bielą piasków oczy mniszki cofnęły się z linii pobrzeża i spoczęły z uczuciem ulgi na zboczach klasztornego przylądka.

Ten występ skalny, wdzierający się ostro w morze wysokim na 100 m wiszarem, był na tym niskim, nigdzie nie przenoszącym 60 m i pozbawionym skał wybrzeżu czymś wyjątkowym. Podobno przed 200 laty nikt nic o nim jeszcze nie wiedział; na miejscu, gdzie teraz wznosił się klasztor Morskich Panien, wyciągała się równo, niby pod sznur, jak gdzie indziej w tej stronie północnego strądu, urwista, pod naporem przyboju krusząca się, nie wyższa ponad 50 m pierzeja marglowych obrywów. Starzy rybacy ze Swarzewskiej Kępy opowiadali, że dzisiejsza rozkal klasztorna była tajemniczym dziełem jednej burzliwej, rozhukanej rykiem bałwanów nocy. Takiego sztormu podobno nie pamiętali najstarsi ludzie. Ziemia drżała w posadach od miotu przelewy, a straszliwa denega32 wdzierała się daleko w głąb lądu. Koło północy, gdy nasilenie szkwału doszło do zenitu, cały strąd zatrząsł się nagle i wśród oślepiającego światła i huku piorunów podniosła się z głębin morza jakaś czarna, gigantyczna masa. Potem od razu wszystko ucichło i nieprzeniknione mroki okryły ląd i wody. Nazajutrz, w ponury, listopadowy świt spostrzegli okoliczni, podle latarni rozewskiej bytujący rybacy po raz pierwszy skalisty blok nowego przylądka wyrzucony z otchłani wolą morza. W parę lat potem wystawiono na tym miejscu klasztor, w którym zamieszkały Morskie Panny. Lecz wśród ludu rybackiego przystrądzia utrzymywało się po dziś dzień mniemanie, że pustelnia nadmorskich klasztornic została właściwie tylko odbudowana na ruinach dawniejszego, zamierzchłych już czasów sięgającego klasztoru; niektórzy nawet utrzymywali, że przed pamiętną nocą listopadową można było dopatrzyć się na nadbrzeżnych spychach szczątków prastarych murów i resztek klasztornego sadu. Ile w tych gawędach było prawdy, nie wiadomo — to pewna, że dzisiejszy klasztor panien anuncjatek był eremem stosunkowo młodym, że smukłe, gotyckie jego wieżyce strzelały w niebo od lat niespełna dwustu...

Zatopiona w kontemplacji siostra Agnes nie zauważyła, że niskie, jesienne słońce zakreśliło tymczasem spory krąg nad wschodnią krawędzią horyzontu i było już na trawersie33 niebieskim latarni. Przeto gdy przyszło na nią ocknienie z zadumy, pożegnała morze ostatnim, miłującym spojrzeniem i zeszła po stopniach w dół, na wysypaną żwirem i piaskiem ścieżkę ogrodu. Owionęła ją woń dojrzałych jabłek i grusz. Wypielęgnowane troskliwą dłonią siostry Benigny, ogrodniczki, podparte starannie na tyczkach i wsparach drzewa godowały w słońcu ważkie od chylących się ku ziemi spławów. Pod murem dziewki służebne otrząsały przeciążone już nad miarę śliwy i zgarniały do koszy i smukłych solówek rzęsny pokot. Na zakręcie ścieżki, u wejścia do alei agrestowej stała siostra Benigna. Ogrodniczka, zakasawszy przydługie rękawy habitu, przechylała „kulą” gałęzie rozłożystej bergamotki i wspiąwszy się na palcach, obrywała dościgłe34 już, cudownie zarumienione gruszki, które w lot chwytała do rozpostartego fartucha obok stojąca Dorotka.

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! — pozdrowiła pracującą siostrę wikaria.

— Na wieki wieków! — odparła zaróżowiona od wysiłku Benigna i skierowała na towarzyszkę swe łagodne, ciemnoorzechowe oczy.

— Pozwolisz siostro, że ci pomogę przy pracy — zrobiła nieśmiałą propozycję nieco zmieszana Agnieszka. — Doprawdy wstyd mi mego próżniactwa, gdy was widzę tak utrudzone przy drzewach.

— Bóg zapłać za dobre chęci — podziękowała ogrodniczka, oddając „kulę” służebnej dziewczynie. — Wyręczy nas obie doskonale Dorotka. Nie dla ciebie to, siostro, zajęcie; szkoła, chór i biblioteka i tak ci wypełniają dzień cały po brzegi. Lecz teraz, gdy mamy trochę wolnego czasu i nadarza się po temu sposobność, muszę pochwalić się swoim ogródkiem.

— Z prawdziwą przyjemnością obejrzę twe dzieło, siostro.