I ująwszy pod ramię przyjaciółkę, odeszła z nią na lewo, pomiędzy grządki i klomby.
Było tu ciszej niż w reszcie sadu; szum morza przytłumiony wysoką, czterometrową ścianą muru klasztornego, ściszony odsunięciem tej partii ogrodu w głąb lądowej calizny dochodził tu rytmem zgłuszonym, dyskretnym. Cisze porannej godziny podkreślał łagodny blask jesiennego słońca, co kładąc się na prostokąty i kwadraty grządek, znaczyło na nich złocisto-rdzawą minią ślady swej wędrówki.
— Oto mój ogródek liturgiczny, siostro — przerwała milczenie Benigna.
I wskazała na kąpiące się w słońcu kwiaty i zioła.
— Piękna i bogata kolekcja — pochwaliła Agnes, przypatrując się jakiejś roślince o gronkach różowawych na włochatej łodydze. — Co to za kwiat?
— To czarnokwit, zioło poświęcone św. Stefanowi. A ten kwiat obok o barwach miedzianych, gorzki w posmaku i aromatyczny, to wrotycz, przyjaciel skał i kamieni, środek niezawodny na kurcze nerwowe. Sąsiadujące z nim różowe i białe zawilce są, podobnie jak lilie, symbolem dziewictwa; tulipany, dzwonki i słoneczniki przypominają kształtami i barwą monstrancję, rosnąca opodal cierpiętnica, passiflora, naśladuje narzędzia Męki Pańskiej. Ów skromnie kryjący się w cieniu towarzyszy kwiatuszek to baldrian, czyli koziołek lekarski, poświęcony św. Jerzemu; odwar z niego wypity leczy choroby nerwowe.
— Jak widzę — przerwała jej z uśmiechem wikaria — pielęgnujesz twe ziółka, siostro, nie tylko przez wzgląd na ich symbolikę liturgiczną; przy doborze kwiatów kierujesz się też celami praktycznymi.
— Naturalnie, siostro, naturalnie; zastosowuję je w miarę potrzeby też jako lekarstwa dla chorych w naszym szpitaliku; pełnię przecież obok obowiązków ogrodniczki też funkcje przygodnej infimerki przy klasztornej niemocnicy. Lecz może moje szczegółowe wywody i informacje nużą cię, siostro?
— Przeciwnie; słucham z prawdziwym zajęciem. Kocham kwiaty i zioła nie mniej od ciebie, siostrzyczko.
Przeszły do dalszych grządek. Postacie ich wiotkie, dziewicze, w kwef zakonny spowite pochylały się z wdziękiem nad rozsłonecznioną osadą roślin, obejmowały tkliwym, macierzyńskim spojrzeniem zarówno bujną pychę róż i georginii, jak szarą, do podglebia tulącą się pokorę zielnego pospólstwa. Bo i jedne, i drugie miały swe zalety i nieraz nikłe, niepokaźne ziółko posiadało większą moc i siłę leczniczą niż strojni a bezużyteczni towarzysze. Siostra Benigna z zapałem zawodowej ogrodniczki i botanika wymieniała nazwy swych roślinek, tłumaczyła ich subtelną symbolikę i wyliczała własności. Dużą swą erudycję pod tym względem zawdzięczała mniszka starej rybaczce z pobrzeża, Otylii, odwiedzającej często klasztor i pełniącej pewne posługi na zakonnym folwarku, oraz znacznemu oczytaniu w dziełach z zakresu botaniki i florystyki; zwłaszcza z zamiłowaniem wielkim studiowała Benigna prace średniowiecznych uczonych i lubiła powoływać się na nomenklaturę staropolskich zielników-herbarzy. Bezwzględnym autorytetem był dla niej Albert Wielki i jego traktat o zaletach roślin. Stąd poglądy jej botaniczne miały dziwny, swoisty charakter zabarwiony na pół uczonością książkową, na pół naiwną przesądnością i symbolizmem w stylu ludowym. Z objaśnień ogrodniczki wysnuwały się całe girlandy tajemniczych gawęd i opowieści, wyrastał świat baśni i dziwów; w entuzjastycznej interpretacji siostry zakonnej przekształcały się skromne prostokąty grządek i klombów w zaczarowany ogrójec ludowej klechdy i liturgicznego mitu.