Z opowieści tych dowiedziała się siostra Agnes, że jemioła, oplątująca upartymi ramionami pień odwiecznego dębu przy głównej alei „otwiera zamki”, że amarantowa macierzanka leczy ukąszenia węży, a jaskółcze ziele przyłożone do głowy obłożnie chorego przepowiada szeptem jego wyzdrowienie lub śmierć nieuniknioną. Soczewica spożyta na wieczerzę podobno wywoływała złowróżbne sny żałoby, sok rozchodnika wypity na czczo czynił nieczułym na żar ognia i pozwalał chwytać bezkarnie rozpalone żelazo; czosnek chronił przed urokami, korzeń babki polnej pomagał na ból głowy, pierścień uwity z listków mirtu otwierał wrzody; koper przerywał u kobiet zastoiny krwi miesięcznej, biedrzeniec przyłożony do piersi lub brzucha chronił przed myślami lubieżnymi, podczas gdy malwa zdradzała utratę dziewictwa. Szczególną rośliną była paproć, która zasadzona w wazonku rozpraszała nocne zmory i chroniła przed gradem i czarami; szatan unikał jej podobno. Liście słodkiej dziewanny zgotowane i użyte jako kataplazmy koiły bóle żołądka, gorczycznik św. Barbary, ubożuchne ziele przydrożne, leczył gnilec. Dziwne też własności posiadała staropolska bylica, którą przepasują się dziewoje w święto Sobótki u poety z Czarnolasu. Zerwana w cudowną noc św. Jana i zawieszona w izbie u nadproża broni od czarów, pioruna i złowieszczych zjaw.
Część pielęgnowanych przez siostrę Benignę kwiatów i krzewów zawdzięczała swój byt klasztorny wyłącznie związanej z nimi symbolice. I tak tulący się do murów i kamiennych przepierzeń pomurnik poświęcony św. Annie symbolizował ubóstwo — wonna rezeda jako kwiat Najświętszej Panny oznaczała słodycz duszy — powój i fiołek pokorę — tymian pracowitość, a przyziemny mech samotność i oderwanie się od dóbr ziemskich. Te skromne, nikłe kwiatuszki, zepchnięte gdzie indziej na szary koniec, cieszyły się tutaj szczególnymi względami, bo przypominały cnoty zakonne i ewangeliczną prostotę.
I pyszne, purpurowe róże prężące ku słońcu pełne pąki spoza oszklonych ścian cieplarni znalazły się tutaj nie tyle dla swej bujnej krasy, ile przez wzgląd na symbolikę barwy i cierni: oznaczały męczeństwo. Żałobny cyprys, strażnik grobów był wieczystym memento35 śmierci, łagodny mirt uczył współczucia, osty i bodiaki nawoływały do pokuty i ascezy. Trójlistna koniczyna była ziołem Trójcy Św., winograd Eucharystii, a wzgardzone, po kątach ogrodu kryjące się ciernie i chaszcze symbolem bogactwa gromadzonego przez chciwość i zachłanność ze szkodą dla duszy.
— Rewia skończona — rzekła w pewnej chwili siostra Benigna i podniosła od grządek zamyślone spojrzenie w głąb ogrodu. — Muszę wracać do Dorotki i skończyć moje pensum36 poranne przed obiadem.
— A mnie czas do szkółki i dzieci. Żegnaj, siostro!
Rozeszły się. Ogrodniczka pospieszyła z powrotem pomiędzy drzewa owocowe, wikaria skręciła w aleję główną wiodącą ku klasztorowi.
Spoza żółkniejącego już listowia lip i kasztanów rysowały się jego wieże na jesiennym lazurze nieba niby strzeliste, do modlitwy wyciągnięte dłonie. Aleja, zrazu biegnąca równolegle do muru i nadbrzeżnych spychów, załamywała się w połowie i zbaczała w głąb lądu ku masywowi eremu37. Bo bezpośrednio z morzem stykał się klasztor tylko w jednym miejscu, tj. tam, gdzie jego północne skrzydło wydłużało się w stronę roztoczy i przechodziło w terasę przylądka; zrąb pustelni wraz z kościołem i wieżycą dzwonową rozsiadł się w głębi lądowej calizny. Od morza odgradzała go stroma skała występu, na której szczycie rozpościerała się terasa — od lądu okalał go wysoki, czterometrowy, zjeżony bolcami żeleźców mur, poczynający się tuż u nasady przylądka i opasujący wkoło opiekuńczymi ramionami całą dziedzinę klasztorną wraz z folwarkiem w promieniu kilku kilometrów; mur ten zbudowany z bloków i ciosów czerwonego granitu biegł równolegle do morza w pewnej odległości od linii spychów na wschód i na zachód od skalistej wystawy przylądka, po czym pod ostrym kątem zbaczał z obu stron w głąb lądu, odcinając zacisze klasztorne od reszty świata szerokim rozmachem kamiennych skrzydeł.
Wikaria zmierzała przyśpieszonym krokiem ku południowej partii zabudowań klasztornych, gdzie mieściła się szkółka dla sierót i szpital — niemocnica. Mianowana przez ksienię magistrą nowicjuszek i wikarią siostra Agnieszka była też prefektą szkoły i czuwała nad wychowaniem biednych, bezdomnych sierotek.
Właśnie trafiła na przerwę. Z podsieni klasztornych wypadła gromadka jasnowłosych dzieciaków i rozsypała się jak bursztynowe paciorki różańca po wirydarzu pod wieżą dzwonnicy. Za nimi wysunęły się z mrocznych gardzieli korytarza błękitne habity sióstr-nauczycielek i nowicjuszek.
Dzieci, spostrzegłszy z daleka zbliżającą się postać siostry Agnieszki, rzuciły się pędem ku niej wśród objawów żywej radości.