— Mateczka prefekta idzie! Mateczka dyrektorka nadchodzi! — wołało kilkanaście głosów na powitanie. I przypadłszy do Agnieszki, przyciskały do jej rąk różowe usteczka i buziaki; młodsze czepiały się fałdów jej sukni lub zwieszały się całym ciężarem ciała z jej ramion; jakaś czteroletnia sierotka o oczach barwy nadmorskiego chabru, korzystając z tego, że Agnes pod atakiem dziatwy pochyliła się ku ziemi i uklękła, objęła jej rączkami szyję i tuląc się do niej, szeptała w upojeniu:

— Nie puszczę mojej mateczki, nie puszczę.

— Udusisz mnie, Rozalko — broniła się wzruszona Agnieszka, na próżno usiłując oswobodzić się z ucisku sierocych ramion.

— Nie dam nikomu mojej mateczki, nie dam nikomu — odpowiadała mała, garnąc się do jej piersi.

Wtedy mniszka wzięła ją na ręce i powstawszy z klęczek, podeszła do reszty dzieci. Tu przywitały ją starsze dziewczynki, przeważnie sieroty po zaginionych rybakach i marynarzach. „Gospodyni klasowa”, konwerska Marta w kilku słowach zdała sprawę z zachowania się pupilek i prosiła o wskazówki. Prefekta, wysłuchawszy relacji, pochwaliła pilne, skarciła opieszałe, po czym zaczęła przeglądać zeszyty i tabliczki zapełnione pierwszymi, nieudolnymi próbami liter i cyfr. W parę minut potem zabrzmiał dzwonek i nieletnia rzesza odpłynęła powrotną falą do izb szkolnych. Siostra prefekta w towarzystwie magistry Marty przestąpiła próg klasy czwartej, bo chciała przysłuchać się lekcji języka ojczystego. Godzinę poświęcono lekturze Kwiatków św. Franciszka z Asyżu w wybornym przekładzie Leopolda Staffa. Proste a głębokie opowieści Chrystusowego „biedaczyny”, nacechowane ewangeliczną pokorą i miłością porywały ku sobie serca rybaczej dziatwy. Wśród ogromnej ciszy odczytywała „premiantka” klasowa, Elza Mrochówna, sierota po szyprze z Poczernina, jedno z przedziwnych przemówień świętego do „braci zwierząt”. Z zapartym tchem wsłuchiwały się bezdomne córki morza i strądu w słowa ciche, dobre i pełne cudownej poezji, łowiły chciwym uchem wyrazy serdeczne, wprost z duszy do duszy płynące, jak macierzanka wonne. I zdało im się, że to one są siostrzyczkami rybami, do których każe38 święty, że to one wyszły na brzeg z rozpękłej fali i złożyły ciekawe pyszczki na piasek płaskoci, by zachłysnąć się bodaj na chwilę słowem bożym. Jako te rybki były z przypowieści, jako te ptaszki, braciszkowie młodsi...

Godzina lekcyjna minęła jak piękny sen; gdy nagle odezwał się dzwonek na rekreację, zasłuchane dzieciaki nie ruszyły się z miejsca. Słodko uśmiechnięte, z oczyma pełnymi dobrych, rzewnych blasków dały mniszki hasło do opuszczenia klasy. Dziewczątka usłuchały wezwania z widocznym żalem. Nauka poranna była skończona.

Pozostawała do obiadu jeszcze godzina czasu. Należało skorzystać ze sposobności i odwiedzić kochaną siostrę Marię, Augustynę, prokurzystke i zarządczynię klasztornego folwarku. W towarzystwie siostry Bernardy poszła Agnieszka w stronę odległych o kilometr obór i mleczarni. Po kwadransie drogi stanęły u celu. Właśnie siostra pasterka przypędziła krowy z wygonu i ruch wielki wszczął się na folwarcznym dziedzińcu. Dziewki służebne przysiadły się wnet z skopcami do poczciwych krasul i kalin i zaczęły naciskać palcami sutki nabrzmiałych mlekiem ich wymion. Biały, gęsty, słodki płyn wytryskał dużymi kroplami z napęczniałych brodawek i z charakterystycznym, cykającym szmerem ściekał w podstawione naczynia. Udój przypołudniowy był dnia tego nader obfity.

Maria Augustyna krzątała się żwawo koło kurnika i chlewów, doglądając osobiście ważnej sprawy wykarmu swych pupilów. Oparta plecami o ramię studziennego żurawia, otoczona rozkrzyczaną gawiedzią czubatek, kogutów, pantarek-perlic i indyków rozrzucała szerokim, dobroczynnym gestem ręki ziarno i krupy. Z wzniesionego wysoko ponad ciżbiącym się drobiem rzeszota wypływały co chwila w równych, odmierzonych odstępach czasu kaskady złotych pereł i paciorków i półokrągłym ruchem paraboli spadały pomiędzy łakomych biesiadników. Z uśmiechem na dobrych, trochę za szerokich ustach obserwowała zakonnica efekt swej siejby. Lubiła znać bardzo przypatrywać się tej skwapliwej ochocie, z jaką jej „stołownicy” rzucali się na karmię i wydzierali sobie nawzajem smaczniejsze kąski.

— Pomału, pomału, czubatko — upominała od czasu do czasu to tę, to ową żarłoczniejszą kurę. — Nie śpiesz się tak bardzo; będzie dość z ciebie; zostaw trochę i dla innych.

— A ty sobku jakiś! — gniewała się znów po chwili na imponującego koguta, który wszystko chciał zagarnąć dla siebie. — Wstydziłbyś się, nicponiu, porywać sprzed nosa kureczkom najpiękniejsze ziarna! A gdzie kurtuazja dla płci pięknej, samolubie?