„Królewna Hanka” schwyciła wiatr i rozpieniając sztabą falę, wypłynęła z przystani. Po drodze żegnały ją ostatnie portowe latarnie, minął jakiś parowiec-włóczęga, obrzuciły łuną światła czuwające doki.

Mgła sczezła. Cudna, majowa noc rysowała krajobraz barwami tempery. Na nurcie czołowym rozświetlonym magnezjową poświatą księżyca przewalały się w podmuchach bryzy łagodne, srebrnoszare grzywacze, na dalszym planie, w głębi na lewo majaczyły krzywą linią kontury Wiku, na wprost, przed dziobem szarzało międzymorze.

Gdzieś w połowie cięciwy wikowego łuku, na kursie między Nowym Obłużem a Helem wyodrębniła się nagle na płani czarna, tajemnicza plama Kępy Swarożyca.

Warmski zszedł z mostku i, oparłszy się o balustradę zawietrznej burty, obserwował w mijaniu wyspę. Ten kolisty, o średnicy ledwo kilometrowej wydźwig lądu budził w nim zawsze dziwnie niemiłe uczucia. On, nieustraszony marynarz, były oficer marynarki wojennej odczuwał w pobliżu tej samotnej, przez nikogo niezamieszkanej wyspy coś w rodzaju przesądnego niepokoju.

Kępa Swarożyca była nowotworem morskim stosunkowo niedawnych czasów; starsi rybacy i żeglarze oceniali jej wiek na lat co najwyżej 150. Jak powstała, dokładnie nikt nie umiał powiedzieć; jedni przypisywali jej pochodzenie wulkaniczne, inni uważali ją za wytwór powolnego podnoszenia się dna morskiego dzięki nanoszonym przez fale piachom i odmiałom. Ostrów w nader krótkim czasie pokrył się nieprzebytymi chaszczami drapieżnej tarniny, ponad którą wystrzeliła mocno związana koślawymi pławinami konarów buczyna. Niebawem przyplątały się do wysepki tajemnicze gawędy i opowieści. Podobno jakiś maszop z Kuźnicy podpłynąwszy raz w noc do kępy, ujrzał wśród nadbrzeżnych zarośli postać starca-olbrzyma o trzech twarzach zapatrzonego szklanym, martwym spojrzeniem w rozchyle morza. Gdy nazajutrz kilku śmiałków z Chałup ponownie odwiedziło wysepkę, znaleźli u brzegu na piasku ułomek kamiennego posągu o kształtach ludzkich.

Wiadomość o tym dotarła do Gdyni i sprowadziła wkrótce potem komisję archeologiczną. Uznano fragment za cenny zabytek sztuki religijnej z epoki prasłowiańskiej i dopatrywano się w zatartych konturach postaci podobizny jednego z bogów staropruskich. Niestety zanim zdołano przewieźć go no ląd, złośliwy sztorm zmył go następnej nocy na zawsze sprzed oczu ludzkich; zazdrosne morze, wyrzuciwszy na chwilę ze swych ostępów niespodziewany gościniec, pochłonęło go z powrotem i skryło na wieki. Lecz pamięć zdarzenia utrwaliła legenda. Odtąd zwano wyspę Kępą Swarożyca. Jednak nikt jakoś nie kwapił się do objęcia jej w posiadanie; ludzie unikali bliższej z nią styczności. Toteż stała obrośnięta na głucho nieprzebytą gęstwiną drzew i kuszczy, samotna i dzika. Tylko ptactwo morskie w przelotach na wyraj zatrzymywało się tu na krótki postój i napełniało głuszę odludzia chwilowym rozgwarem. Zresztą nikt tu nie zaglądał. U rybaków pobrzeża miała kępa niedobrą opinię; jakieś licho przykucnęło w jej bukowych matecznikach; wszystko zło rozsiane po strądzie, rozrzucone pomiędzy ludźmi nadmorskiej strony, tu, zda się, miało swe główne siedliszcze, tu się zebrało w sobie, zgarnęło do kupy i stąd czyniło wypady pod osłoną nocy i sztormu — stare zło, pogańskich jeszcze czasów wnuczę, bogów dawnych ze świata precz przegnanych ostatnie, mściwe echo...

Statek mijał wyspę bakortem. Kapitan zapuścił zamyślone spojrzenie w głąb bukowego lasu, cofnął je stamtąd zmrożone chłodem mroków i przeniósł na wąski spłacheć piasku bielejący przy blasku księżyca w wykroju sierpowatej zatoczki. Jak majak przesunął się kontur drewnianego krzyża z rozpiętym Zbawicielem, jak przez sen mignęło czerwone światełko zapalonej u Jego stóp latarni...

Warmski odetchnął głęboko i oddał się marzeniom. Kochał te noce morskie, miesięczne na wolnym od gwaru ludzkiego, wysrebrzonym poświatą księżycową pokładzie, gdy nieobserwowany przez nikogo mógł wsłuchiwać sięw majestatyczny szum fali, gędźbę wichru i łopot żagli; drogie mu były te chwile rozmowy sam na sam z morzem, ten duet wieczysty duszy ludzkiej, twórczyni kształtów z plastycznym, bajecznie giętkim żywiołem...

Tymczasem brygoleta opływała przylądek Helu. Przesunęła się mimo światła nawigacyjne latarni, rozbłysły i zgasły zielonawe refleksy księżyca w oknach Morskiego Laboratorium i statek wpłynął na wody Wielkiego Morza. Do uszu zadumanego kapitana doleciała komenda:

— Zwinąć topsle i kliwry! Zarefować fok i grot!