Wśród załogi „Esperanzy” odezwał się pomruk sprzeciwu, lecz na widok wymierzonych luf karabinów i wylotów browningów momentalnie rozpłynął się i zniknął bez śladu.

— Dalej chłopcy, czyńcie swoją powinność — zakomenderował Sowa.

Bez oporu już skuto im ręce.

— Bosman Sowa wraz z matem Więciorkiem i marynarzem Owregą pozostaną tu na pokładzie do jutra rana. Zawiesić natychmiast na masztach właściwe światła; ponadto ze względu na mgłę co trzy minuty wysyłać syreną sygnały dźwiękowe. Nad ranem wpłyniecie do portu wewnętrznego.

— Wedle rozkazu, panie inspektorze.

— A teraz w drogę! Konwojowi! Sprowadzić w dół więźniów!

Wkrótce potem motorówka z kapitanem Warmskim i uwięzioną załogą „Esperanzy-Siewjera” zdążała z szybkością 10 węzłów ku portowi w Gdyni. Biła już dwunasta w nocy na zegarze w stoczni, gdy inspektor oddawał więźniów pod straż inwigilatorom w policji. W pół godziny później, znalazłszy się z powrotem na pokładzie „Królewny Hanki”, natychmiast kazał podnosić kotwicę.

„Nareszcie — myślał z uczuciem ulgi — nareszcie jestem u siebie”.

Tymczasem puszczony w ruch braszpil odrywał już od dna kotwicę, uwalniając statek z uwięzi. Kapitan wskoczył na mostek i, otulając się przed chłodem nocnym i mgłą w winceradę, wydawał rozkazy:

— Grotreje na prawy ciąg, fokreje w lewo! Na burtę ster! Nastaw kliwry!