Po wiosennych sztormach i nawałnicach nastał czas głady. Morze zrobiło się ciemnoszafirowe i ciche jak dzewus na piersi miłośnika a wiodro243 czyste jak kryształ na turkusowym tle nieba. Przy brzegach zaczęły brodzić kulingi, pływać kaczki morskie i dzikie kiełpie-łabędzie.
W głębi kraju, po jarach i wądołach jęły rozglądać się przezorne jaźwce, przekradać się między krzewami janowca i drzonów mądre i sprytne lisy.
Zmężniała zieleń charszczu po dunach, rozzłocił się jerk-sarnowiec, zawoniały mlecznobiałe, laskonogie tawuły. Po wydmach i osypiskach przeginały się w pieszczotach wiatru strądowe stróżki — sosny, godowały w świeżych przyodziewach jesiony i jarzębiny, porastał w liście buk. Wiosenka dościgała na kaszubskim brzegu, wiosenka — latu nena244...
W któreś słoneczne, świętojańskie245 popołudnie przyszli Józk Pioch i Heda Dorszówna na schadzkę do Borsuczego Jaru. Czas był gorący, miejsce zaciszne, dobrze przed wzrokiem ludzkim zakryte, a oni młodzi i siebie spragnieni; nigdy jeszcze nie nadarzyła się sposobniejsza chwila.
Toż gdy on owinął sobie dookoła szyi jej jasne, polem i macierzanką pachnące warkocze i przywarł wargami do ust jej pąsowych, do brzadu246 wiśni podobnych, zawrzała im krew w żyłach i długo tłumione miłowanie wybuchnęło pożarem. Cały w dreszczach lubej ciągoty przechylił ją Józk ku ziemi na trawę. Wtem krzyk jej nagły i błysk strachu w oczach odtrąciły go od niej jak czyjeś nieubłagane ramię. Poszedł spojrzeniem za oczyma Hedy, odwrócił się i ujrzał o dwa kroki za sobą Zygmę Kurra z nożem podniesionym do ciosu...
Zamigotało w słońcu ostrze i opuściło się ku jego piersi. Lecz zanim zdołało przeszyć mu serce, Heda jak lwica rzuciła się między nich i zasłoniła swym ciałem ukochanego. Cudem jakimś ześliznął się nóż po stalce dziewczyńskiego gorsetu i rozpruwszy tylko głęboko stanik na piersi, wypadł z brzękiem z dłoni napastnika.
Pioch blady jak ściana odsunął lekko dziewczynę i popatrzył wzgardliwie w oczy rywala.
— Te zbóju! — rzekł niskim, rozdrganym z wściekłości i wzruszenia głosem. — Chyłkiem chcesz ludzi dżgać? Jak to bedło, he?
Tamten milczał ponury i czarny jak tamcza gradowa; jeno po licu chmurnym chodziły mu złe błyski. Nie darmo ponoś wywodził się z Północy, od twardych, normańskich wikingów.
Nagle spojrzał na Piocha w szczególny sposób i uczynił ręką gest tajemniczy. Józk zrozumiał go i pochylając głowę na znak zgody, szepnął mu do ucha: