— Pod zachód za szpyrkiem.

— Gwes. A te Heda pódź tera se mnom do checze!

— Nie pójdę z woma — stawiła mu się hardo.

Łypnął na nią groźnie oczyma, lecz widząc nieustępliwą postawę obojga, machnął ręką i rzekł na odchodnym ze złością:

— Ninia! Obaczeme wnet, gdze ci jiść sądzono.

I odwróciwszy się od nich, zbiegł ścieżyną w dół jaru i wkrótce zniknął między krzewami leszczyny. Józk i Heda ujęli się za ręce i długą, długą chwilę wpatrywali się w siebie rozkochanymi oczyma. Potem milcząc, poszli ku domostwu Piochów.

W chałupie i na obejściu nie było nikogo; stary pewnie gdzieś wałęsał się po płaskoci i krzewał247 onegdaj zastawione żaki. Józkowi było to bardzo na rękę; pragnął uniknąć rozmowy z ojcem o tym, co zaszło między nim a Kurrem. Heda smutna błąkała się po izbach, nie śmiąc zagadnąć go wręcz o tajemnicę znaku i porozumienia z ojczymem; jeno serce, nieomylne serce białki mówiło jej, że zanosi się na sprawę ważką, że zimny spokój, jaki nagle zagościł na twarzach przeciwników, niedobrze wróży. Toteż w checzy zapanował nastrój przygnębiający; na wszystkim zaciążyła duszna atmosfera zbliżającej się burzy.

Heda jak senna przechodziła z kuchni do świetlicy, ze świetlicy do alkierza, jak pijana czepiała się ścian, imała sprzętów. Aż zdjęta trwogą i lękiem nie do zniesienia przypadła mu do piersi z pytaniem:

— Co on ce ręką pokazował, Józk? Na Krysta rane litość nade mnom miej! Nie skrywoj nic! Przeciem ci twojo miło.

— At, przywidzioło ci sę — uspokajał ją, tuląc mocno do siebie. — Cos se zbiero na dmę — rzekł po chwili, patrząc w stronę morza.