— Ninia, od mniedzemorza wiater kanie248 — przytwierdziła wpatrzona w rozkołysane od pewnego już czasu przez bryzę bujowisko. — Ciejbe249 je chto mlekiem poloł.
— Gwes, wieczorowe kurzysko. Hej, bedze sztorm te noce, belny sztorm! Patrzaj Heda, jak douka250 idze s morza ku dunom251 i słońce ćmi. Pójde jo wyciągnąc bot z wode na wywłoke; dma porwie sznure i poniesie na bystrz. No, bywoj me zdrowo, Heda! Za mały czas wróce; uwarz tam dlo nos trochę ciepłe strawy; ojc lubi smażoną pomuchle z golcami.
Objął ją, przycisnął mocno do piersi i zanim zdołała coś odpowiedzieć, wypadł za próg. Zakłuło ją coś nagle pod sercem i zemdliło, że aż zatoczyła się z osłabienia na nogach. Gdy zabrała się do gotowania wieczerzy, jakoś nie szło; jak mara zwidywał jej się wciąż tajemniczy znak ojczyma. Targana złym przeczuciem zarzuciła na plecy szal i zamknąwszy dom, zbiegła na płaskoć. Instynkt kierował ją ku szpyrkowi koło cumowiska.
Tymczasem wiatr wzmógł się; biała kurzawka przemieniła się we wzdętą przelewę. Od morza szedł groźny, ostrzegający pomruk. Heda ujrzała na wzburzonej piani dwa dobrze sobie znane boty skwapliwie odsadzające się od strądu: Józk i ojczym odbijali od brzegu, jakby idąc na spotkanie sztormowi; płynęli pobok siebie jak na wspólny łów, trzymali się blisko jak rodzeni bracia-przyjaciele. Ta bliskość ich, to szukanie siebie na schełbionej dziko roztoczy miało w sobie coś okropnego, coś, przed czym wzdrygała się cała jej istota.
Upadła na kolana u wylotu piaszczystego języka i dygocąc ze strachu, zaczęła modlić się. Tymczasem oni oddalali się w kierunku Rozewia; w blaskach zachodzącego ponuro słońca zjeżdżali z deneg252 w bruzdy, wdzierali się z powrotem na grzbiety przewałów i znów zapadali w rozdoły. Aż zniknęli jej z oczu za przylądkiem...
Zaryczał wicher, zahuczała fala i zjeżywszy się przyłbicą pian i warów, zaczęła wdzierać się na strąd. Przemoczona do nitki Heda schroniła się pod opiekę spychów. Wciśnięta w niszę wanty, pod okapem zwisu klęczała nieruchoma jak przydrożny świątek. Zbielałe usta szeptały słowa litanii, wylękłe oczy błądziły po rozchylach.
— Boże, bondze noma miłościw! Boże, ulituj se nad noma!
Tak minęła długa godzina. A gdy już słońce zapadło pod ziemię i na chwilę przycichł sztorm, wielka, grzywiasta denega przyniosła jej i złożyła u stóp łódkę z rozciągniętym na dnie martwym ciałem Józka.
Wyglądał okropnie; z pokrwawionej, pociętej nielitościwie razami wiosła i pięści twarzy wyzierał siny, obrzękły język.
Z cichym jękiem rzuciła się na zwłoki i straciła przytomność.