Gdy się zbudziła z omdlenia i podniosła ociężałe powieki, uderzył ją w oczy żółty, schorzały blask świec. Pełgotały gdzieś w górze naprzeciw i zaglądały jej prosto w twarz smutkiem gromnic...
Przypomniała wszystko. Rozpacz porwała ją od nowa za włosy i zwlókłszy z posłania, jęła znęcać się nad nią bez litości. Heda zaparła się ręką o odrzwia i patrzyła w głąb żałobnej świetlicy.
Tam, na marach, zwyczajem ojców, z dwóch botów dnem wywróconych, kirem pokrytych leżał on: Józk Pioch — jej ukochanie. Leżał cichy i spokojny jak dziecko na łonie nenki. Trzy krzyżyki mu na piersi położyli, trzy krzyżyki z osiny — by nie mógł krewnym i powinowatym szkodzić po śmierci.
— Głupie ludzie! Józk szkodzić?!... Ten dobry, jasny knop, ten böb jej kochany, co robaczki zdybane pod nogą podnosił i na liściu kładł, co pisklęta ptasie w gniazdach karmił — on „szkodzić” po śmierci?
Uśmiech goryczy przewinął się po ustach i rozlał po zbolałej twarzy.
A tam za oknami głucha, czarna noc, ryk sztormu i jęk wichru...
Heda patrzy na mary jak na jakieś nieprawdopodobne, trudne do wiary dziwowisko i widzi starą, siwą głowę pochyloną nad Józkiem i palce drżące, powęźlone przesuwające się bolesną pieszczotą po jego włosach.
„Ojc — myśli — jego ojc...”
Z kąta izby błyszczy para złośliwych, zakisłych od starości oczu i płynie nuta ponurej jak noc ta pieśni. Na tle huczącej nawałnicy, skowytu wichrów i drzew zawieruchy brzmi zawodzenie płaczki żałobnym, beznadziejnym wtórem. A gdy na chwilę ścichnie wiatr, milknie posępna piosenka i słychać szept niezrozumiałych zaklęć zmieszanych ze słowami modlitwy: