Była jak to drzewo samotne przy drodze szarpane przez wichry, jak krzak polnej róży zdany na łaskę losu. Wychudła i wybladła snuła się jak cień po klasztornych korytarzach z głową nisko pochyloną ku piersi, nieśmiejąca nikomu spojrzeć w oczy. Modlitwy, nabożeństwa i praktyki religijne nie przynosiły już ukojenia: nie przepojone żarem oddanej im wyłącznie duszy wydały się czcze, jałowe i obce. Często z przerażeniem stwierdzała, że modląc się, myśli o Warmskim. Zaczęły znów nawiedzać ją nocami sny dwuznaczne, na pół zmysłowe, na pół mistyczne, w których on odgrywał przemożną rolę; i nieraz twarz Chrystusa dwoiła jej się w wizjach sennych rysami Janka. Rozpętało się od nowa piekło pierwszych lat klasztornego życia.
Jedyną ostoją siostry Agnieszki w tych czasach była przyjaźń z Alicją. Cicha i łagodna dziewczyna osładzała jej chwile duchowej walki opowieściami o twardej, kaszubskiej doli lub mnóstwem pytań, którymi zasypywała swoją mistrzynię. I chociaż wikaria nie odsłoniła przed przyjaciółką tragedii swego życia i nie zwierzyła jej swej tajemnicy, widziała w błękitnych jak lazur jej oczach bezgraniczne dla siebie współczucie i wielkie, serdeczne oddanie...
Dziś nad ranem wstała siostra Agnieszka wcześniej niż zwykle i nie czekając brzasku, wysunęła się cicho na taras. W półmroku dogorywającej nocy poszła za nią w ślad Alicja i otoczywszy ramieniem przyjaciółkę, stanęła obok niej pod kolumnadą krużganka. Przez chwilę patrzyły w milczeniu na majaczejącą w mrokach roztocz. Powoli zaczęło szarzeć. Na ciemnym podglebiu żywiołu wyodrębniały się grzebienie pian, chełbiły wzwody fal, bielały pióropusze wodnych hełmów. Popielata poświetl przedbrzasku odkryła raz jeszcze odwieczną pracę morza: wbieganie zalotów na strąd po wyszlifowanych gładko pochylniach, atak na rafy, odskoki odrzuconych run i nowe zakusy rozjątrzonych oporem grzywaczy...
Siostra Agnieszka nie spuszczała z oczu latarni i przylądka. W miarę rozjaśniania się horyzontu czuła, jak obecność Alicji zaczyna jej ciążyć. Nagle drgnęła: spoza Rozewia wysunął się dziób brygolety.
— Siostro — usłyszała głos towarzyszki — chłodno tu dzisiaj; czy nie czas już wracać na poranne nabożeństwo?
— Chciałabym teraz pozostać tu sama, Alicjo. Za chwilę będę z powrotem w oratorium.
Agnes uczuła, jak ramię siostry odwinęło się od jej ramienia.
— Stanie się wedle twojej woli, siostro — odpowiedziała jakimś smutnym, jakby zrezygnowanym głosem i odeszła.
Tymczasem statek zbliżał się pod wszystkimi żaglami; silna, poranna bryza wiejąca prosto z rufy pędziła go z ogromną chyżością na linię klasztoru.
Agnes podeszła ku kamiennemu przedpiersiu i wytężyła wzrok w kierunku brygolety. Urzeczona jej widokiem patrzyła, jak rozpienia sztabą wodę, jak rozpręża białe płótna. W pewnej chwili statek położył się w dryf i spuszczono szalupę z kapitanem. Po upływie paru minut Warmski, przedarłszy się szczęśliwie przez zjeżony archipelag raf, zawinął z łodzią w ponury zaułek wodny między wysterczającym z morza cyplem a klasztorną skałą i liną przymocował szalupę do wystającego kła rakwy.