Lecz cóż to? Co to miało znaczyć?!
Zamiast poprzestać na tym, uchwycił się ręką za gzyms skalnego zwisu ponad głową i odbiwszy się nogami od burty, zaczął piąć się w górę. Przechylona ponad przedpiersie tarasu śledziła Agnes jego ruchy ze śmiertelną trwogą. Chciała zawrócić go z drogi, powstrzymać w szalonym zamiarze, lecz nie mogła wydobyć głosu: zesznurowane żelazną powięzią gardło odmówiło posłuszeństwa. Tymczasem on wspinał się coraz wyżej. Jak akrobata zaczepiał się końcami palców o nieuchwytne, ledwo dostrzegalne wyimki, zawisał na sekundy całe nad zawrotnymi przepaściami, wkręcał się wężowym ruchem w najpłytsze wnęki i przystanie: chciał za wszelką cenę dotrzeć do niej, na szczyt.
Ciało Agnieszki przebiegł zimny, lodowaty dreszcz. Mimo woli cofnęła się w głąb platformy. Lecz było już za późno. Warmski pokonawszy ostatnie przeszkody, jak błyskawica przerzucił się przez parapet i z wyciągniętymi ramionami runął do jej stóp:
— Hanuś! Hanuś najdroższa! Hanuś moja! Święta moja! Najmilsza nad wszystko Hanuś!
Zbladła i zachwiała się. On zerwał się z klęczek i otaczając jej kibić ramieniem, przycisnął usta do jej ust zbielałych.
— Nie bój się, Hanka! To ja, twój Janek. Jam ci nie wróg przecież! Przyszedłem wziąć cię stąd z sobą, uprowadzić stąd na zawsze w bujny, piękny świat, za dalekie morza! Niech się wszystko potem za nami zawali, niech osądzą ludzie! Co nam po ludzkim osądzie, Hanka? Co nam po opinii?... Na rękach cię nosić będę, królewną mi będziesz, panią mi będziesz, żoną umiłowaną — wszystkim!...
Wyrwała mu się z objęć.
— Na rany Chrystusa odejdź stąd! Miej litość nade mną i sobą! — żebrała głosem i oczyma.
Lecz on nie cofnął się i ponownie sięgnął po nią ramieniem. Wyszarpnęła mu się z rąk i jak niegdyś przed widmem mnicha zastawiła się przed nim znakiem krzyża. To ją ocaliło. Jak porażony niewidzialną mocą upadł na kolana i trzymając w ręku skrawek oderwanego woalu, patrzył na nią błagalnie; lecz już jej dotknąć się nie ważył. Wtedy ona podniósłszy w górę krzyż, przeżegnała nim klęczącego i patrząc mu w oczy z głębokim smutkiem, zaczęła cofać się ku krużgankowi. Gdy dotarła pomiędzy pierwsze kolumny, odwróciła się i nie patrząc już poza siebie, rzuciła się ku drzwiom w głębi...
Za chwilę przesuwała się chwiejnym krokiem wzdłuż korytarza oratorium. Z dala dolatywał już śpiew zakonnic odprawiających poranne Godzinki, płynęła woń kadzidła i płonących świec.