— Czy coś podobnego jest możliwym? — wyszeptał przecierając drżącą dłonią czoło.
— Najzupełniej — zapewnił Zabrzeski. — Przy tym cały ten proces może odbyć się całkiem podświadomie; wywiadowca może o swoim czynie psychicznym nic nie wiedzieć. Niemniej cel swój osiągnął: ostrzegł, zagroził lub odstraszył.
Łuniński utopił błędne spojrzenie w twarzy kochanka swej żony.
— Skąd pan może wiedzieć o tym wszystkim? — szeptał na pół przytomny. — Mówi pan do mnie rzeczy tak dziwne i tak mnie obchodzące... Chwilami zdaje mi się, że budzi pan we mnie drzemiące od pewnego czasu senne majaki, cuci je, ożywia, wlewa w nie krew tętniczą... chwila jeszcze... chwila — a przyobleką się w ciało.
Przeciągnął ręką po czole, które sfałdowało się w głębokie, bolesne bruzdy. Jakaś myśl przykra, męcząca znać, lęgła się pod czaszką i dobijała do świadomości. Zabrzeski przezornie przyłożył chłodne ostrze lancetu do wątłej jeszcze tkanki i zniszczył niebezpieczną zaródź19.
— Jestem z zawodu psychiatrą — skłamał bez zająknienia — zagadnienia, które rozstrząsamy, z natury rzeczy muszą mnie interesować. Dość dużo czytałem w tej materii. Przy tym codzienna praktyka wyrabia sprawność w tym kierunku. Rutyna, panie inspektorze, rutyna zawodowca.
— Szczególne spotkanie — rzekł półgłosem, jakby do siebie, Łuniński.
Rozmowę przerwało wejście konduktora. Spostrzegłszy przełożonego, funkcjonariusz oddał mu należny ukłon, po czym zwrócił się trochę zdumiony do cywilnego gościa:
— Pan nie wysiadł w Tulczynie?
— Pan doktor — wyręczył go w odpowiedzi Łuniński — jedzie dalej aż do Wrębów i zgłasza dopłatę.