Najczęściej widywali się w środy. Kilkumiesięczne doświadczenie przekonało, że był to dzień najodpowiedniejszy. Już w wigilię schadzki chodził Zabrzeski rozgorączkowany i podniecony do ostatecznych granic; znajomych w dzień ten nie przyjmował, cały oddany przygotowaniom do wyjazdu nazajutrz, pochłonięty wyłączną myślą o ukochanej. Chociaż pociąg poranny z Będziszyna, miejsca jego stałego pobytu, odchodził dopiero o siódmej rano, był pan Kazimierz na stacji już o piątej i nerwowymi krokami przechadzał się tam i z powrotem po peronie. Trapiły go zawsze te same wątpliwości:
— A jeśli ona nie wsiądzie po drodze? A jeśli przyczepi się do niej jakaś natrętna znajoma z Rudawy i pojedzie z nią razem choćby do najbliższej stacji? To byłoby fatalne!...
Najbardziej jednak niepokoiła go ewentualna zmiana konduktorów.
Licho nie śpi — myślał nieraz, spoglądając w przestrzeń — a nuż Stogryn zawiedzie?
I z trwogą w chwili nadejścia pociągu przesuwał spojrzenie po tłumie ludzi, szukając twarzy znajomego funkcjonariusza uśmiechniętej na poły chytrze, na poły złośliwie. Lecz Stogryn, stary, szczwany wilk kolejowy, nigdy nie zawiódł. Ujęty hojnymi napiwkami, ułatwiał kochankom schadzki w iście mistrzowski sposób. Zawsze jakoś w jego „rejonie”, obejmującym trzy wozy, znalazła się ustronna „seperatka”, przeznaczona do wyłącznej dyspozycji Zabrzeskiego i jego przyjaciółki. Chytry człeczyna, nie chcąc budzić podejrzeń, nie od razu wpuszczał swego „klienta” do upatrzonego przedziału, lecz kazał mu czas jakiś kręcić się po korytarzu, dopóki „się nie uspokoi”. Dopiero po ruszeniu pociągu, gdy fala świeżo przybyłych „gości” rozlała się po wagonach i opróżniła kuluary8, otwierał Stogryn zarezerwowane coupé i zamykał je za Zabrzeskim na cztery spusty. Usłużność swą posunął konduktor z czasem do tego stopnia, że na stacji w Rudawie lub Czersku, zależnie od tego, gdzie Łunińska wsiadała, sam wskazywał jej „właściwy” wagon i miejsce. Jednym słowem Stogryn w roli messagero dell’amore9 był niezrównany: otoczeni jego życzliwą opieką kochankowie oddawali się rozkoszom miłości z zupełną swobodą.
Jedynym ciemnym punktem na horyzoncie była krótkość czasu: mogli spędzać razem bez przerwy zaledwie 4 godziny; chociaż bowiem umyślnie wybierali zawsze pociąg osobowy, który wlókł się na tej przestrzeni w dość leniwym tempie, mimo to wystarczał ten krótki, zbyt krótki dla nich przeciąg czasu do pokonania przestrzeni między Rudawą a Czerskiem. Lecz właśnie ta urywkowość wrażeń, ten ciągły niedosyt upojeń, na jaki byli skazani, zaostrzał jeszcze bardziej wzajemną sympatię, podsycając ustawicznie niezaspokojony głód szczęścia.
W Czersku, o ile tura była powrotną, wysiadała Stacha, naturalnie sama, a p. Kazimierz jechał jeszcze o jedną stację dalej i tutaj dopiero opuszczał coupé d’amour10, by po paru godzinach powrócić pospiesznym do Będziszyna. Zwykle w tydzień lub 10 dni potem, o ile nie nadszedł telegram odwołujący, jechał Zabrzeski do Tulczyna, pierwszego przystanku za Czerskiem, spędzał tu noc w jakimś hoteliku, a nazajutrz rano w drodze powrotnej spotykał w pociągu swoją jasnowłosą kochankę, która towarzyszyła mu aż do Rudawy.
Tak upłynął rok wśród niezamąconej niczym pogody, niezapomniany rok szczęścia i miłosnego szału. Wbrew obawom Stachy namiętność Zabrzeskiego zdawała się wzrastać i potężnieć z każdym miesiącem. Opętała go zupełnie urodą trzydziestoletniej, bujnie w południe życia rozkwitłej kobiety. Szedł od niej czar, który związał jego męską wolę i rzucił jej pod stopy — pod te śliczne, drobne stopy, które tak namiętnie tulił do ust. Po każdej schadzce odkrywał w niej nowe ponęty; była bowiem jak żywioł: wciąż inna. Zwłaszcza oczy. Ogniste, ciemnoszafirowe, zmieniały się ustawicznie; drzemała w nich tęsknota stepów, palił się żar wschodniej hurysy11 lub mroczyła się chłodna, wyniosła zaduma westalki12. Zdumiewało go jej wyrafinowanie erotyczne.
— Kto cię tego nauczył? — pytał nieraz oszołomiony bujnością jej fantazji miłosnej. — Czy mąż?
Stacha odymała pogardliwie soczyste, podobne do rozkrojonego granatu wargi: