— Służę panu — odpowiedział grzecznie, strzepując popiół z cygara.
I wtedy Zabrzeski ze zdumieniem stwierdził szczególną zmianę w wyrazie jego twarzy: przed nim stał w tej chwili zupełnie inny człowiek, który nie miał nic wspólnego z Łunińskim.
— Dziękuję — odparł, pokrywając zdumienie wymuszonym uśmiechem.
I zaciągnąwszy się parę razy dymem z papierosa, wrócił do Stachy. Zastał ją wtuloną w kąt przedziału z wyrazem śmiertelnego niepokoju w oczach.
— To jest stanowczo ktoś inny — uspokoił ją, wchodząc do wnętrza. — Zresztą, jeżeli nie wierzysz, popatrz sama spoza firanki. Ten człowiek wciąż jeszcze stoi na korytarzu.
Posłuchała z ociąganiem się i ostrożnie wyjrzała. Po chwili uspokojona zupełnie, zwróciła się z uśmiechem ulgi do kochanka:
— Masz słuszność. To jest ktoś inny. Jak ja mogłam w ogóle choćby przez chwilę wziąć go za Henka? Cha, cha, cha! Zabawne qui pro quo15!
— Przywidziało nam się obojgu. Głupstwo. Takie pomyłki zdarzają się nieraz.
I złączyli się w długim, przeciągłym pocałunku.
W miesiąc później w chwili wysiadania na stacji w Rudawie wydała pani Łunińska nagle okrzyk przerażenia. Wśród grupy pasażerów u stopnia wagonu powstało zamieszanie. Parę osób otoczyło przestraszoną kobietę, pytając o powód. Z głębi korytarza nadbiegł Zabrzeski, zapominając o zwykłych środkach ostrożności. W tej chwili wysunął się z gromadki podróżnych jakiś wytworny pan z walizką w ręku i z ukłonem zwrócił się do Stachy: