— Nie, nie — upierała się — to on, na pewno on.
— A więc przekonam się naocznie; wyjdę i przypatrzę mu się dokładnie. Męża twego znam dobrze z widzenia i poznałbym go wszędzie na pierwszy rzut oka.
Zatrzymała go, chwytając kurczowo za ramię:
— Chcesz mnie zgubić?
— Dlaczego? Bądźże rozsądną, Stasiu! Przecież on mnie zupełnie nie zna; nigdy w życiu nie widział mej twarzy. No, puśćże mnie i nie bądź dzieckiem!
I łagodnie, choć stanowczo, oswobodziwszy rękę z jej nerwowego uścisku, wyszedł, zamykając za sobą szczelnie drzwi.
Na korytarzu spostrzegł przy jednym z okien mężczyznę, łudząco podobnego do Henryka Łunińskiego; te same rysy, te same zamyślone oczy; tylko strój jego zwyczajny, spacerowy wykluczał identyczność z mężem Stachy, który w chwili odejścia pociągu był w mundurze urzędnika kolejowego. Nieznajomy zdawał się nie zwracać nań najmniejszej uwagi. Na odgłos otwieranych drzwi nie drgnął i nie zmienił pozycji: stał wciąż, oparty ramieniem o ścianę wozu, i zapatrzony w przestrzeń poza oknem, palił spokojnie cygaro.
Zabrzeski postanowił zaczepić go. Wyjął z puzderka papieros i przystąpił do towarzysza podróży, zwrócił się doń z lekkim ukłonem:
— Czy nie mógłbym prosić szanownego pana o ogień?
Nieznajomy ocknął się z zamyślenia i spojrzał nań przytomnie.