— Wolne żarty.
— Mówię całkiem serio. Przy podobnych praktykach nie chodzi bynajmniej o podobieństwo rysów i postaci; kształt odgrywa tu rolę podrzędną — rozstrzyga intencja, zamiar. Lalka — to tylko symbol, to tylko taki sobie znak algebraiczny, wprowadzony w miejsce osoby, której się chce zaszkodzić. Wystarczy, jeżeli operujący nim czarny mag powie sobie, że oznacza ona pewne ściśle określone indywiduum. W naszym wypadku usuwają wszelkie wątpliwości co do intencji owe włosy, które rozpoznałeś.
— Tak; to jest pukiel włosów, który zginął mi wraz z medalionem.
— Pi, pi, pi! — zawołał nagle Wierusz, przybliżając do oczu ręce lalki. — Oglądałeś te palce?
— Istotnie zdumiewające! Nie brak nawet paznokci. Co za precyzja w wykonaniu!
— Raczej dokładność i gruntowność. Czy wiesz, czyje te paznokcie?
— Przypuszczam, że sztuczne, zrobione z jakiejś masy.
— Ja, przeciwnie, sądzę, że też należą do Halszki. Kama musiała je zdobyć w jakiś sprytny sposób.
Słowa Wierusza rozdarły ostrym błyskiem przypomnienia półcień chwil ubiegłych.
— Poczekaj — rzekłem, trąc czoło — coś sobie przypominam... Aha!... Mam! Halszka wspominała mi raz, może rok temu, o jakiejś dziadówce, która zastała ją na werandzie przy porannym manicure...