— Jestem straszliwie wyczerpany.

— Naturalnie. Przez parę tygodni żywiłeś się pan niemal wyłącznie kwaśnym mlekiem w dawkach minimalnych.

— Czy był tu Wierusz?

— Nie było nikogo. Przyszły tylko pocztą z początkiem lipca dwa listy; leżą tam na biurku nie rozpieczętowane.

— Dziękuję panu, doktorze! Ocaliłeś mi życie.

Uścisnąłem mu rękę.

— Głupstwo. Teraz muszę odejść na parę godzin. Wieczorem zajrzę tutaj znowu. Pozwalam panu zjeść dobry rosół i kawałek białego mięsa; najlepiej coś z drobiu. Do widzenia!

Ledwo wyszedł, wyskoczyłem z łóżka.

— Listy, listy!

Drżącą ręką rozłamałem pieczęci. Pierwszy był od pani Stanisławy Grodzieńskiej z datą 28 czerwca.