Obejrzałem się poza siebie, szukając wejścia do pokoju, z którego przed chwilą wyszedłem, i zamiast drzwi dębowych znalazłem gładką, białą ścianę...
Więc to wszystko było tylko snem?! Niemożliwe! Czułem przecież wciąż jeszcze słodką niemoc miłosnego wyczerpania.
— Kamo! Kamo!
Głos powrócił z przeciwległego kąta korytarza i zgasł w półmroku. Podszedłem do środkowych drzwi po lewej stronie, prowadzących do pracowni Andrzeja, i zapukałem. Nikt nie odpowiedział. Pocisnąłem klamkę: drzwi otworzyły się.
Wierusz siedział za stołem z głową odchyloną wstecz na grzbiet fotelu. W twarzy bladej, ascetycznej ani kropli krwi. Gdy zbliżyłem się doń na parę kroków, otworzył ociężale powieki i spojrzał na mnie.
— Jestem z powrotem — wyrzekł z trudem — przychodzisz w porę, Jerzy.
— Spałeś?
— Tak i nie. — Uśmiechnął się. — Która godzina?
— Minęła ósma.
— Więc potrzebowałem aż trzech godzin...