— Wynoś się pan stąd, pókim dobry! — krzyknął więzień i zacisnął groźnie pięści. — Nie będę gadał o tym więcej ani słowa, z nikim. Już i tak wszystkie bebechy mnie bolą od tego wypytywania. Zabiłem tego burżuja, bo mi się tak spodobało, i wiem, że za to będę dyndał. Czego chcecie jeszcze ode mnie? Przecież nie wypieram się niczego.
Materna, niezrażony wybuchem, palił dalej spokojnie papierosa. Rozbań stanął naprzeciw i przymknął filuternie jedno oko:
— Pan detektyw chce mnie znów pociągnąć za język i bierze na kawał...
Gość zniecierpliwił się:
— Nie jestem detektywem, powtarzam raz jeszcze — odparł, uderzając w stół pięścią, aż zadźwięczała szklanka. — Przyszedłem tu jak przyjaciel.
— Hi, hi, hi! — szydził Rozbań. — Cie go! Przyjaciel! Nie mam przyjaciół między burżujami.
— Jestem biednym akademikiem — tłumaczył mu Materna — i uważam pana tylko w części za winnego.
— Cha, cha, cha! — śmiał się szczerze rzezimieszek. — A to mi nowina! Pan wie o mnie więcej niż ja sam o sobie. To ci filozof!
Lecz od tej chwili zaczął przypatrywać się gościowi z zainteresowaniem.
— Pan może uczy się na doktora od wariatów? — zapytał podejrzliwie.