Naraz mróz go zajął po pacierzu149. Zdało mu się, że ktoś zaszedł w obejście z zatyla, furtą od sadu, tam gdzie się łan poczyna. Skoczył gromem150, by zajrzeć.
Błażej to był, co znienacka miedzą ugorową powrócił z miasta, wybrawszy dłuższą nad zwyczaj drogę: sąsiada odprowadzał, więc mu się i zboczyło. Ręką już imał151 skobli.
— Ojciec poczkajcie no, coś wam rzeknę!
Obejrzał się na Wontona i nagle jakoś mu z niedowierza łysło w oczach:
— A to stanie nam czasu i na potem...
I już nie zważając pchnął przed się dźwirze...
Zajrzał w głąb...
Krzyknęli... rozsprzęgli się.
Rozchełstana, sromem, lękiem zejmana Halszka przypadła na ziem z odzieżą, Ostap nie wiada, zestrachany, czy okoniem stanąć gotowy nie ruszył od wyrka; jeno po licu niejasne światła chodziły i pobielał niesporo...
Błażej zrazu nie odrywał oka od cudzołożnicy, jeno zapuścił w nią wejrzenie szklane bolem i krzywdą, zda się — skamieniał. Wtem przeniósł je na Ostapa: coś go poderwało z miejsca, że począł się wokoło oglądać, niby za czymś dybiąc, by cisnąć w wyrodka; lecz rychło poniechał, twarz mu krzepciej152 zziemiała, łeb powisł ku nalepie153. Borykało154 się w nim, pieniło niedobrze, coś strasznego ważył...