A gdy mu nikt nie odpowiedział, znów przymknął ociężałe powieki...
Zwycięstwo
Rana Czandaury nie zaopatrzona w porę zaogniła się i ropiała. Król gorączkował i w malignie rwał się do boju. Gdy wracała przytomność, był tak osłabiony, że najmniejszy wysiłek przychodził mu z trudnością. Przy łożu czuwała Wajmuti, gotowa na każde skinienie, leczył Huanako, najlepszy lekarz w kraju. Zioła arcykapłana i driakwie przynosiły choremu widoczną ulgę. Mimo to choroba przeciągała się na tygodnie. Król niecierpliwił się, zżymał, lecz musiał być powolnym Huanace i nie opuszczał łoża. Jedyną osłodą w tym czasie były rozmowy z Atahualpą na temat przebiegu walki i pościgu. Zdradziecki napad Czarnych naprowadzonych przez Marankaguę mimo piekielnego podstępu nie udał się i zakończył się zupełną ich klęską. W rezultacie pozostawili na placu boju 200 zabitych, a 50 ciężko rannych. W czasie dwudniowego pościgu, który sięgnął aż poza granice państwa i zatrzymał się dopiero w wąwozach po tamtej stronie cordillery86, padło ich znów około 100. Jaśni prócz 60 zabitych w czasie nocnego napadu, ludzi przeważnie pijanych lub bezbronnych, stracili tylko sześciu, a kilku odniosło lżejsze lub cięższe rany. Sprawność bojowa plemienia święciła mimo zdrady świetny tryumf. Szczególnie odznaczyły się oddziały przyboczne króla i Atahualpy, uzbrojone w nowy rodzaj broni siecznej, szable i szpady. Broń ta, sporządzona pod osobistym dozorem białych z wybornej stali przez krajowych kowali i płatnerzy, okazała się niezrównana w walce wręcz. Miedziani wojownicy dzięki lekcjom fechtunku, udzielonym przez króla i Atahualpę, władali nią znakomicie.
Mimo choroby i wyczerpania kazał Czandaura zgromadzić żołnierzy „białej broni” przed swoim toldem, wsparty na poduszkach wygłosił do nich krótką, pochwalną mowę. Przyjęli ją z okrzykami uniesienia na jego cześć i zaczęli się tłumnie cisnąć do łoża chorego, aż ich Atahualpa i Huanako siłą musieli wstrzymywać. Wśród wiernej drużyny brakło tylko Izany i Ksingu, bo ci po ukończeniu pościgu nie wrócili do osady, lecz pozostali w górach, by tu w przesmykach i wąwozach czuwać jak orły skalne nad bezpieczeństwem rubieży.
Pomyślne odparcie napadu Czarnych i skuteczność „reform wojskowych” umocniły jeszcze stanowisko Gniewosza wśród krajowców. Patrzyli jak na półboga. Powodzenie, z jakim spotkały się jego pierwsze pociągnięcia na tej dziewiczej ziemi, przekonało go do niej i związało z nią ściślej, niż się spodziewał.
Lecz najsilniejszym łącznikiem między nim a Itongami była kapłanka Rumi. Sympatia okazana mu zaraz w pierwszych dniach przez tę egzotyczną piękność wytrąciła go z apatii i bezwoli. Chęć popisania się przed nią odwagą i rycerskością była jednym z głównych bodźców do czynu. Gdyby mu kto zwrócił na to uwagę, byłby temu stanowczo zaprzeczył. A jednak sam przyłapywał się na tym, że myśli jego w okresie choroby i rekonwalescencji silnie zaprzątały trwoga o los Rumi. Obawy te podniecała jeszcze Wajmuti. Wstrząsnęła nim udzielona przez starą piastunkę wiadomość, że Rumi w chwili porwania miała na palcu szafirowy pierścień z gwałtowną trucizną, kurarą — jako jedyną broń przeciw gwałtowi. Jeżeli Marankagui udało się ściągnąć go z jej palca, zmniejszały się wprawdzie obawy o samobójstwo, lecz za to groziło pohańbienie. W razie przeciwnym nieszczęśliwa dziewczyna mogła w każdej chwili zrobić użytek z swej straszliwej broni. Na samą myśl o jednej z tych ewentualności wzbierały w sercu Czandaury kolejno uczucia bezsilnego gniewu i cierpienia. W takich chwilach zrywał się z posłania, chwytał za szablę i krzyczał, by mu podano konia. I potrzeba było całej powagi i autorytetu Huanaki, by go z powrotem zapędzić do łóżka.
Nareszcie po czterech tygodniach rana zasklepiła się i Czandaura odzyskał siły na tyle, że mógł bez obawy przed recydywą dosiąść konia i ruszyć w pole. Niecierpliwość króla podzielali wodzowie i wojownicy, czekający od dawna na hasło. Toteż wyprawa odwetowa potoczyła się w tempie zawrotnym lawiny. W przeciągu trzydziestu godzin dotarli do podnóża Czerwonej Turni, tu przenocowali, a następnego rana połączyli się na przełęczy Coxayala z przyczajonymi tam już od tygodni wysokogórskimi oddziałami Izany i Ksingu. Relacje obu wodzów były pomyślne. Od czterech tygodni Czarni nie dawali o sobie znaku życia. Pobici i zdziesiątkowani cofnęli się w głąb swych dzierżaw na południe od zębatych grzbietów cordillery i lizali się z zadanych im ran. Porozstawiane po siodłach górskich pikiety i patrole donosiły zgodnie, że ani jeden z nich nie odważył się zapuścić w wąwozy i przesmyki. Wysłany na zwiady tydzień temu, chytry i giętki jak wąż Pomare dotarł aż do głównej kwatery wroga, a nawet wśliznął się nocą do namiotu, w którym Marankagua więził kapłankę. Od niej dowiedział się, że Tarmakore wyleczył się wprawdzie z rany, lecz ani myśli o walce zaczepnej. W ogóle wśród Czarnych miało panować powszechne przygnębienie i obawa przed najazdem. Otoczyli osadę główną obronnym szańcem i rozstawili gęste straże. Na przedpolu obozu snują się niezliczone patrole i podjazdy.
Rumi wychudła i wynędzniała, lecz duch jej nieugięty i nie traci nadziei, że wkrótce przyjdzie odsiecz. Za pośrednictwem Pomarego przesyłała Huanace pokłon, a królowi pismo w zwoju z tappy-papierotki, w którym podobno podawała ważne szczegóły dotyczące siły i rozmieszczenia wojsk Czarnych.
Czandaura wysłuchał uważnie relacji, odebrał pismo i zwołał radę wojenną. Postanowiono, że Izana i Ksingu pozostaną na miejscu i pilnować będą dalej przełęczy, a król z resztą wojowników nazajutrz wczesnym rankiem zejdzie w doliny Południa. — Szczegółowy plan ataku zamierzał Czandaura opracować sam po zapoznaniu się z treścią listu Rumi. Ten list schowany na piersi pod żołnierskim poncho przyśpieszał tętno jego serca i budził słodkie niepokoje. Nareszcie późnym wieczorem został sam w swym polowym namiocie. Przy blasku kaganka rozwinął zlepiony starannie klejem z drzewa gumowego rulon i znalazł we wnętrzu nakreślone pięknym, artystycznie wykonanym pismem obrazkowym słowa:
„Ufaj i bądź spokojny! Czuwa nade mną Manu i twoja gwiazda”.