W zamęcie walki jakiś olbrzymi przeciwnik zamierzył się włócznią na Czandaurę. Atahualpa zasłonił go wprawdzie tarczą, lecz pocisk przebił górny brzeg puklerza i przeszył ramię króla. Ognie zamigotały w oczach Czandaury. Stłumił okrzyk bólu i wściekły rzucił się na napastnika. Zadźwięczały o siebie miecz i tomahawk, aż posypały się iskry i odpadły. I po raz drugi zwarły się bronie, i po raz drugi rozłączyły bez skutku. Aż przy trzecim wypadzie miecz Czandaury dosięgnął Czarnego w czoło. Olbrzym zachwiał się i wypuścił z rąk siekierę. Unieśli go w cienie nocy towarzysze.
— To był Tarmakore, król Itonganów Czarnych — zawołał Izana, walczący mężnie jak wilk „aguara”. — Niech żyje król Czandaura!
— Niech żyje Czandaura! — powtórzyli rozentuzjazmowani wojownicy.
Zwycięski pojedynek władców rozstrzygnął o wyniku walki. Napastnicy załamali się. Ataki ich osłabły, straciły inicjatywę i pewność. Gdy na dobitkę odezwały się okrzyki bojowe oskrzydlającego oddziału Ngahuego, poszli w rozsypkę. Rozpoczął się pościg. Czandaura, choć ranny i krwią broczący, kazał podać sobie konia.
— John — perswadował mu Peterson. — Daj sobie wpierw zaopatrzyć ramię. Zbyt silnie krwawi. Ja już z tymi hultajami skończę. Pozwól, że cię wyręczę.
Lecz Gniewosz, podniecony walką i zwycięstwem, nie chciał ani słyszeć o tym.
— Później, później. Teraz nie ma czasu na takie drobiazgi.
I dosiadł konia. Oczy jego szukały kogoś w kotłowisku uciekających wrogów. Spiął konia i popędził w kierunku swej toldy za oddziałem zbiegów, którzy chyłkiem przekradali się w tę stronę. Jeden z nich, na przedzie, spostrzegł prześladowcę, zatrzymał się, napiął łuk i strzelił. Świsnął wąsaty pocisk tuż koło ucha Czandaury i zatopił się w sercu nocy. Król ściągnął boki rumaka ostrogami i w kilku potężnych susach dopędził tylne szeregi uciekających. Z okna chaty płonącej przy drodze wyśliznął się długi jęzor ognia i oświecił jaskrawo ich twarze. Czandaura wydał okrzyk gniewu i zemsty. Poznał w przywódcy oddziału Marankaguę. Szaman rączy jak jeleń pędził w stronę świątyni Pele. Król zabiegł mu drogę i ciął szablą, mierząc w głowę. Czarownik zręcznie uchylił się i dotarł do wrótni chramu. Zanim Czandaura zdołał zsiąść z konia i wtargnąć za nim do wnętrza, tamten wypadł z gontyny drugą stroną, unosząc w ramionach kapłankę Rumi. Z krzewów akacji obok świątyni wysunął się czekający tu już widocznie od pewnego czasu Mahana z dwoma końmi i podał szamanowi jednego z nich. Marankagua przerzucił ciało omdlałej dziewczyny przez łęk siodła i już wkładał lewą nogę w strzemię, gdy spostrzegł nad sobą straszliwe oczy Czandaury. Szabla króla zawisła nad jego głową powtórnie. Lecz cios jej wstrzymany w drodze przez tarczę sprzymierzeńca drasnął mu tylko skroń i rozorał głęboko policzek. Marankagua otarł krew rękawem opończy i korzystając z chwilowej bezczynności wroga, odjechał z branką i Mahaną w pełnym galopie.
Czandaura nie mógł już ich ścigać. Cios zadany szamanowi był ostatnim wysiłkiem, na który umiał się zdobyć w tej chwili. Wyczerpany upływem krwi zesunął się nieprzytomny z siodła na ziemię. Znalazła go Wajmuti i z trudem zawlokła do chramu. Potem z jękiem i płaczem pobiegła do Huanaki. Gdy przyszli do świątyni wodzowie i kapłani, zastali Czandaurę pogrążonego wciąż w mrokach niepamięci. Arcykapłan skropił mu twarz jakimś ożywczo pachnącym płynem i wcedził w usta parę kropel „guarapo”. Król otworzył oczy i zapytał:
— Gdzie Rumi?