— Pijanice i tchórze!

Lecz byli wśród nich i trzeźwi. Na widok Czandaury i wodzów zatrzymali się zawstydzeni. Gdzie który poskoczył do najbliższej chaty po włócznię lub tomahawk. Sformował się mały oddział. Król objął osobiście komendę.

— Naprzód! — krzyknął, wywijając nad głową swym świeżo ukutym mieczem.

Dotarli do zaatakowanej części osady. Mnóstwo czarnych postaci uwijało się jak diabły, tnąc na prawo i lewo bez miłosierdzia. Jaśni bronili się słabo, pijani, zaskoczeni i zdezorganizowani. Tylko garstka przytomnych na umyśle skupiła się dokoła wietnicy i odpierała zacięcie następującego wroga. Spostrzegłszy Czandaurę na czele oddziału, podnieśli okrzyk radości i natarli ze zdwojoną energią. Król znalazł się w osierdziu boju. Z błyskawicą w oku, ze zbrużdżonym od gniewu czołem szerzył dokoła siebie straszliwe spustoszenie. Brzeszczot jego miecza połyskujący w łunie płonących wigwamów spadał jak piorun na karki, rzeźbił okrutnie piersi i szyje, rozdzierał plecy, jak żądło żmii zatapiał się w serca. Boków jego pilnowali wiernie wściekły Atahualpa i metodyczny Ngahue. Kapitan klął, aż uszy więdły, i nie wypuszczając z ust swej fajeczki, puszczał w coraz to dzikszy taniec klingę swej wedle własnego pomysłu zrobionej szpady. W zapale wojennym zapomniał zupełnie o kategoriach miejsca i przestrzeni i ryczał jak opętany w języku ojczystym:

— Niech żyje Jego Królewska Mość Jerzy VII! Niech żyje Anglia!

Tymczasem Ngahue milczkiem, bez emfazy, lecz skutecznie, ciął tomahawkiem.

Odsiecz kierowana osobiście przez króla podziałała jak cud. Oddział jego, zrazu szczupły i słabo uzbrojony, wzrastał ze zdumiewającą szybkością. Jak spod ziemi wyrastali wojownicy i stawali karnie u boku władcy. Czandaura poczuł się na siłach i szepnął na ucho Ngahuemu.

— Niechaj brat mój weźmie z sobą trzydziestu zuchów, obejdzie świątynię Oro i uderzy na tych czarnych drabów z lewej. Oskrzydlimy ich.

— Niech Manu ma cię w swojej opiece, dzielny królu! — odpowiedział wódz. — Idę spełnić rozkaz.

I chyłkiem okrążył ze swoimi chram boga.