Czandaura zmarszczył się:
— Kto rozdał pomiędzy nich ziele?
— Sami wzięli od tongalerów.
Peterson zaklął siarczyście.
— Tajemnica zniknięcia połowy zapasu rozwiązana! A to łotry!
Czandaura już przypasywał miecz do boku.
— Nie ma ani chwili do stracenia! — wołał cały wzburzony. — Atahualpo, każ zagrać na alarm i zarządź zbiórkę co trzeźwiejszych! Postaramy się zaraz, by im wywietrzała tonga ze łbów. Izano, przygotuj swój oddział do wymarszu i weź z sobą Ksingu!
Już mieli opuścić toldo, gdy z zewnątrz doszła ich wrzawa rozpaczliwych krzyków. Czandaura wypadł pierwszy na podwórzec i spostrzegł, że część osady w płomieniach. Tłum kobiet i dzieci wśród jęków i pisków toczył się falą czarnych sylwet w stronę północną osiedla. Jakiś wyrostek nadbiegł zdyszany i krzyknął:
— Intonganie Czarni wpadli na naszych! Rżną ludzi i palą wigwamy! Taberany sprzysięgły się z nimi przeciw Jasnym!
Król, a za nim wodzowie rzucili się w kierunku szalejącego żywiołu. Po drodze spotkali kilkunastu mężczyzn bez broni, z wykrzywionymi konwulsyjnie twarzami. Ngahue splunął na nich z pogardą: