— Domyślałem się tego — wtrącił Peterson.
— A jednak przed obliczem twoim, Czandauro, słowa Mahuny skąpe były i rzadkie jak uśmiech słońca w dżdżyste dnie jesieni.
— I ja to spostrzegłem.
— Gdy Huanako kazał sobie oddać zebraną tongę, okazało się, że jest jej o wiele mniej, niż się spodziewał. Zasiek w spichrzu przeznaczony na święte ziele wypełnił się zaledwie do połowy.
— Do stu zapowietrzonych taberanów! — wrzasnął Atahualpa i grzmotnął w stół, aż podskoczyły na nim szklanki. — Założę się, że połowę skradł ten łajdak, Marankagua. Podzielili się, złodzieje. Temu staremu wydze przyda się ten narkotyk do oszukiwania nowych sprzymierzeńców. Zechce znów wśród Czarnych odgrywać rolę Wielkiej Medycyny i itonguara.
Izana skrzywił się nieznacznie. Szanował bardzo swego białego kolegę, ale nie mógł przyzwyczaić się do jego przekleństw. Czuł przed nimi trwogę.
— Nie wzywaj imienia złych duchów niepotrzebnie, Atahualpo — upomniał go.
— W każdym razie — zabrał głos Czandaura — są tu jakieś matactwa i pachnie zmową. Musimy przeciwdziałać, i to bezzwłocznie. Ty, Atahualpo, każ rozstawić natychmiast silne straże. A ty, Izano, wraz z Ksingu, jak było postanowione, jeszcze tej nocy przed zejściem księżyca weźcie swoich ludzi i obsadźcie przesmyki górskie od strony południowej. Ja z resztą wojowników nadciągnę tam w pośpiesznych marszach.
Wszedł Ngahue. Twarz starego wodza zdradzała troskę i niepokój.
— Źle się dzieje, królu — mówił zdyszany od wytężonego biegu. — Połowa wojowników spita tongą hałasuje i rzuca się jak gromada opętanych.