Zbieracze tongi byli wciąż bohaterami dnia i ośrodkiem ogólnego zainteresowania. Po zaspokojeniu pierwszego głodu zaczęli szeroko i dokładnie opisywać przebieg podróży. Przy tym gwoli pokrzepienia ducha i odwilżenia gardła strudzonego gawędą często zaglądali do kubków i kalabasów. Lecz czy nalewka z owoców, „algarobo”, była dla nich za mało esencjonalną, a „guarapo” za mdłe i niezbyt podniecające, dosypywali sobie do pucharków od czasu do czasu niby od niechcenia parę szczypt sproszkowanego ziela. Któryś z lepszych obserwatorów zauważył to i nabrał ochoty do tajemniczej ingrediencji85. Więc nalał i sobie szklanicę limoniady i przy najbliższej sposobności, gdy jeden z tongalerów sięgnął do woreczka z zielem, poprosił go, by się z nim podzielił. Tamten spojrzał kwaśno, ale ostatecznie spełnił prośbę. Przykład podziałał i niebawem kilkunastu ludzi raczyło się napojem zmieszanym z tongą. Bracia zbieracze zwierzyli się innym pod wielkim sekretem, że Marankagua, spotkawszy ich w górach, radził każdemu zaopatrzyć się potajemnie w zapas świętego ziela i zaraz po powrocie zażyć go do woli z pierwszym lepszym napojem. Gdy mu jeden z nich przedstawiał, że tonga — to przecież ziele święte, przeznaczone wyłącznie dla itonguarów w chwilach wyjątkowych, szaman zaśmiał się szydersko i nazwał to przesądem niegodnym mężów. Po wypiciu dopiero otworzą im się oczy na rzeczy z tamtej strony i będą mądrzy jak bogowie. Rada kusiciela odniosła pożądany skutek. Koło siódmej wieczorem połowa osady bredziła jak w malignie. Krzyki pijanych wojowników mieszały się z wyciem przerażenia wywołanego przez wizje. Bo napój z torebek nasiennych bielunia czerwonego, znanego w świecie naukowym pod nazwą datura stramonium, działa odurzająco jak narkotyk i powoduje zwidzenia. To, co dla medium jak Gniewosz było środkiem do przyśpieszenia transu, użyte w dawkach nadmiernych przez osobników o organizmach normalnych, stało się źródłem bezmyślnych widzeń i halucynacji.

Po zapadnięciu zmierzchu wieś Itonganów wyglądała na osadę szaleńców. Z pochodniami w ręku jedni tańczyli jak opętani, drudzy uciekali w popłochu przed niewidzialnymi widmami, inni, pogrążeni w ekstatycznej kontemplacji, wpatrywali się w zwodnicze obrazy przestrzeni.

A tymczasem na drugim końcu osady, w toldzie królewskim, toczyła się rozmowa między Czandaurą, Atahualpą i Izaną. Kapitan był chmurny i niezadowolony.

— Zachowanie się tego Mahany bardzo mi się nie podoba — mówił, pykając z wiśniowej fajeczki. — A ty co o tym sądzisz, Izano?

Wódz wydobył ze skórzanego woreczka na piersiach parę korzonków jankony, włożył do ust, pożuł, a resztę wypluwszy w kąt izby, odpowiedział:

— Mój biały brat mówi prawdę. I mnie się widzi, że język Mahany jest rozdwojony jak u węża, a słowa jego podobne przykrywkom z liści i gałęzi na wilcze doły.

Spojrzał królowi w oczy.

— Rozmawiałem z kilku wojownikami, którzy wrócili z gór.

— No, i czego się od nich dowiedział brat mój? — zachęcił Czandaura do dalszych zwierzeń.

— Uszy Mahany były otwarte na słowa czarownika.